Podsumowanie pobytu na wyspach i przeprowadzka na Istrię.

Cres i Losinj - spis postów:

Poranek w Lublanie w drodze na Cres
Promem na Cres
Starożytny Osor łaczący Cres i Losinj
Plażujemy na Cresie
Plażujemy na Losinj
Lubienice i m.Cres
Mali i Veli Losinj oraz Nerezine
I Osor raz jeszcze.

Ostatniego dnia sierpnia musimy się pożegnać z kempingiem Bijar, Osorem i całym Cresem. Prognozy na najbliższe trzy dni są pesymistyczne, ma się ochłodzić i mają przechodzić burze. Poprzedniego popołudnia spędziliśmy chwilę w internecie (na kempingu jest płatne wi-fi),  sprawdzając prognozy dla Istrii i północnej Dalmacji, dalej na południe nie byłoby sensu jeździć na trzy dni. Według prognoz załamanie pogody szło z północy i na Istrii piątek (czyli właśnie 31.08) miał być jeszcze kiepski, ale w sobotę miało już być lepiej. W Zatoce Kvarner i w północnej Dalmacji poprawa pogody miała być dopiero w poniedziałek. Ustaliliśmy więc, że pojedziemy na Istrię. Byliśmy już na półwyspie podczas naszego drugiego pobytu w Chorwacji, trzy lata wcześniej. Spędziliśmy wtedy 4dni w Fazanie niedaleko Puli. Wtedy Istria nam się podobała, choć nie zachwyciła. Ponieważ cześć południową wyspy już poznaliśmy, część wschodnią widzieliśmy z okien samochodu, przyszła pora na część zachodnią. Postanowiliśmy znaleźć kemping w okolicach Poreca.
Jednak zanim popłyniemy na Istrię czas na podsumowanie pobytu w Osorze :)



Wyspy Cres i Losinj nas zachwyciły. Nie spodziewałam się, że w Zatoce Kvarner, w północnej części chorwackiego wybrzeża, znajdziemy takie krajobrazy, tyle przepięknych, malowniczych zatoczek, urocze miasteczka... I przede wszystkim taką fajną atmosferę. Nie czuć tu komercji, jest spokojnie, leniwie. Gorąco polecam te dwie wyspy!

Sam Osor, pisałam już wiele razy, był, według nas, najładniejszym i najbardziej klimatycznym miasteczkiem na wyspach.

Kemping Bijar, na którym mieszkaliśmy 10dni (11 nocy),  mogę z czystym sumieniem polecić ale ma on pewne wady, które należy wziąć pod uwagę. Po pierwsze, choć położony jest nad samym morzem, brakuje mu ładnej plaży. Jest niewielka, kamienista plażyczka koło ruin klasztoru ale nie nadaje się dla małych dzieci. My kapaliśmy się tam tylko raz w dniu przyjazdu. Są też 2 czy 3 mikroskopijne plażyczki z drobnymi kamyczkami, ale na ich poziomie, blisko brzegu, zacumowanych jest zawsze sporo motorówek, przez co nie nadają się do dłuższego plażowania. Jest też sporo miejsc do plażowania na skałach, ale taka opcja jedynie dla bezdzietnych lub rodzin ze starszymi dziećmi. My o braku fajnych plaż wiedzieliśmy i ponieważ planowaliśmy robić dobie wycieczki do malowniczych plażyczek i zatoczek na obu wyspach, wada ta nie miała dla nas zbyt dużego znaczenia.

Plaża koło ruin klasztoru przy kempingu Bijar:


Porcik przy kempingu:



Drugim minusem są sanitariaty. Są one wprawdzie zadbane i zawsze czyste ale jest ich za mało. Budynek sanitariatów jest tylko jeden, dlatego z niektórych miejsc trzeba zrobić sobie długi spacer. Po drugie pryszniców jest za mało i zdarzało nam się stać w kolejce.
Na kempingu jest niewielki sklepik, dobrze zaopatrzony ale oczywiście, jak to na kempingach bywa, z wysokimi cenami. My większe zakupy robiliśmy w Lidlu w Mali Losinj, nawet po pieczywo na śniadanie woleliśmy wybrać się do sklepu w Osorze. Taki poranny spacer był bardzo sympatyczny.
Wysokie pinie dające masę cienia są na pewno dużym plusem kempingu Bijar. Temperatura jest tu zawsze kilka stopni wyższą niż poza kempingiem ;)

Nasza miejscówka na kempingu:



Jest też mała konoba ale nie korzystaliśmy z jej usług. Są boiska i mały plac zabaw.
Kemping jest dość duży ale nie ma charakteru molochu. Panuje na nim spokój i fajny kempingowy klimat, który doceniliśmy kiedy znaleźliśmy się na kempingu pod Porecem ale o tym później...
Ogromnym plusem kempingu jest oczywiście bliskość Osoru!

Dzień odjazdu przywitał nas słońcem ale niestety z każdą chwilą na niebie pojawiało się coraz więcej chmur. Szybkie śniadanie i trzeba się pakować. Chmury coraz ciemniejsze, z oddali słychać grzmoty, robi się coraz bardziej nerwowo, żebyśmy tylko zdążyli przed deszczem...
Niestety, zaczyna padać. Zapakowaliśmy więc dzieci do samochodu, włączyliśmy im bajkę i razem jakoś dokończyliśmy pakowanie w deszczu. Ku wielkiej radości chłopaków, pod podłogą namiotu znaleźliśmy małego skorpiona...

W deszczu opuściliśmy kemping Bijar i ruszyliśmy na północ wyspy, kierunek Porozina. Niebo szczelnie przykrywają ponure chmury, liczyliśmy, że przed promem odwiedzimy jeszcze Beli, niestety, przy tej pogodzie nie ma sensu. Jedziemy więc prosto na prom. Oczywiście nie tylko my opuszczamy wyspę w ten deszczowy dzień, przed nami spora kolejka. Na szczęście już nie pada, burzy też nie widać, wizja burzy na promie bardzo mnie przerażała, choć Ł. się śmiał z moich obaw Nie wiem ile czasu staliśmy w kolejce przed wjazdem na prom, coś koło 30-40 minut chyba. Szkoda nam, że musieliśmy opuścić Cres wcześniej, choć dzięki paskudnej pogodzie żal jest mniejszy ;)

Widoki z promu. Cres zostaje w tyle:


Istria przed nami...



Po półgodzinie zjeżdżamy z promu. Jak już pisałam wcześniej, postanowiliśmy poszukać kempingu w okolicach Poreca, w zachodniej części Istrii. Jedziemy przez wewnętrzną część półwyspu, krajobrazy całkiem przyjemne ale niestety niebo cały czas pokrywają chmury, z których co jakiś czas pada deszcz... Dobrze, że chociaż paskudna pogoda uśpiła tylny pokład, bo znudzeni jazdą zaczynali już rozrabiać.
Na drodze pusto, bez problemów docieramy do Vrsaru, mijając po drodze Limski Zaljev. Od razu rzuca nam się w oczy komercja. Masa straganów przy drodze, naganiacze z patelniami przy niemal każdej konobie, jakiś Dinoprak i masa innych atrakcji. W porównaniu z Cresem i Losinjem to jest inny świat, zresztą w okolicach Puli też takiej komercji nie pamiętamy...
Nie podoba nam się, ale w tej chwili nie ma sensu nigdzie indziej jechać, rozglądamy się za kempingiem. Same ogromne molochy, nie planowałam pobytu w tym rejonie, więc nie mam żadnych namiarów. Mijamy Vrsar i dojeżdżamy do Poreca, każdy kolejny kemping wygląda na coraz większy i coraz droższy. Zawracamy.
Zjeżdżamy na kemping Valkanela w Funtanie, pomiędzy Porecem a Vrsarem. Oglądamy go w deszczu. Bardzo dużo wolnych miejsc, sanitariaty sympatyczne, place zabaw, boiska, plaża, może być. Decydujemy się na trochę droższą, numerowaną parcelę i idziemy załatwić formalności do recepcji. Po rozbiciu namiotu (chwilowo nie padało) i zjedzeniu obiadu (na szczęście w przedsionku mieści się stół i krzesła, bo znowu padało) idziemy na spacer po kempingu. Najpierw w pelerynach i kaloszach (wyjętych po raz pierwszy), potem przestaje padać i wychodzi na chwilę słońce. Kemping nie jest zły ale jest zupełnie nie w naszym stylu. Zdominowany jest przez Niemców, głównie niemieckich emerytów. Można poczuć się jak na wakacjach u naszych zachodnich sąsiadów. Obywatele innych krajów są bardzo nieliczni. Na kempingu Valkanela jest wszystko, czego turysta potrzebuje na urlopie: restauracje, pizzeria, bary, kawiarnie, Konzum, sklep z ciuchami i z nikomu niepotrzebnymi duperelami, stragany z pamiątkami, nawet stragan z winem i oliwą. Są boiska, place zabaw, mini klub dla dzieci, jakiś fitness rano na plaży, duże kąpielisko z małym, dmuchanym parkiem wodnym, nie ma tylko basenu. Nie trzeba opuszczać kempingu przez całe dwa tygodnie urlopu i sądząc po sposobie spędzania czasu przez naszych sąsiadów, wielu z nich tak właśnie robi.

Nie podoba nam się tu ale trzy noce wytrzymamy i oczywiście dni spędzimy głównie poza kempingiem. Oby tylko jutro zaświeciło słońce.

Na koniec kilka zdjęć z kempingu Valkanela. Plaże:



I nasza miejscówka:

3 komentarze:

  1. lubię czytać Twoje opowieści :) fajnie, że ostatnio piszesz regularnie..

    OdpowiedzUsuń
  2. nie zastanawiałaś się nad wyłączeniem weryfikacji? to bardzo uprzykrza dodawanie komentarzy... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyłączyłam :) Nawet nie wiedziałam, że jest włączona weryfikacja, też tego nie lubię ;)
      Pozdrawiam
      Asia :)

      Usuń