Mali i Veli Losinj czyli dawna i obecna stolica wyspy oraz sympatyczne Nerezine.

Są dwa miasteczka nazywające się tak samo jak wyspa Losinj, jedno małe, drugie znacznie większe. Jednak w ocenie wielkości tych miasteczek nie powinno się kierować nazwą, nazwa jest myląca. To Mali Losinj jest największym miastem na wyspie, w ogóle jest największym, spośród wszystkich chorwackich miast położonych na wyspach. Dlaczego więc to drugie ma przymiotnik Veli? Otóż dlatego, że to Veli Losinj było pierwszą stolicą wyspy i głównym skupiskiem ludzi. Jednak wraz z rozwojem, niewielki, naturalny port stał się niewystarczający. Wtedy jego rolę przejął Mali Losinj. Jednak podobno to Veli Losinj jest tym piękniejszym i piękniej położonym.

Zanim mieliśmy okazję poznać oba miasteczka i przekonać się, które bardziej nam się spodoba, najpierw obejrzeliśmy je z góry, podczas wycieczki na koniec wyspy Losinj.

Pamiętacie punkt widokowy na górze Sv Ivan i widok na Veli Losinj?



Natomiast kiedy wracaliśmy do Osoru, tuż przed Mali Losinj mogliśmy podziwiać taki widok na miasto:

  
Do Mali Losinj wybraliśmy się 6.dnia pobytu na Cresie, czyli 26.sierpnia. Na ten dzień zapowiadano burzę, już rano na niebie jest sporo chmur. Jest to pierwszy dzień, kiedy nie budzi nas słońce... Rezygnujemy więc z plażowania i wycieczki do kolejnej zatoczki, po śniadaniu pakujemy się do samochodu i jedziemy do Mali Losinj. Liczymy jednak, że zapowiadana burza przejdzie gdzieś bokiem i po odwiedzeniu miasteczka znajdziemy jakieś sympatyczne miejsce do kąpieli, bierzemy więc do samochodu również plażowe rzeczy. Przed wjazdem do miasta Mali Losinj jest taki sam most jak ten w Osorze, również otwierany dwa razy dziennie: o 9:00 i 18:00. My przejeżdżamy bez problemu, jest już prawie 10.
Kierujemy się na centrum i zostawiamy samochód na dużym, płatnym parkingu przy porcie. Zaledwie kilkanaście kroków stąd zaczyna się nadmorska promenada, przy której nie brakuje kawiarni. Pobyt w Mali Losinj zaczynamy więc od lodów i kawy pod palmami ;)



Mali Losinj liczy ok. 6,5tys.mieszkańców i, jak już wspominałam, jest stolicą wyspy Losinj. Położone jest nad dwiema zatokami, pierwszą o tej samej nazwie oraz nad zatoką Cikat. Nie ma tu zbyt wielu zabytków. Największą atrakcją miasta jest przyroda, dookoła miasta znajdziemy liczne ścieżki i promenady spacerowe. Jedną z takich promenad dojdziemy do oddalonego o 4km. Veli Losinj. My jednak nie mamy w planach tak dalekich wędrówek. Po lodach i kawie idziemy na spacer pomiasteczku. Promenada prowadzi nas wprost na główny plac miasta – Trg Hrvatske Republike. Są tu dwie sympatyczne fontanny.



Pierwsza z delfinami.



Nieprzypadkowo umieszczono na fontannie te sympatyczne, morskie ssaki. Morze w okolicach wysp Cres i Losinj zamieszkuje ok. 150 delfinów, jest ich tu najwięcej w całej Chorwacji.

Druga podobna do tej w mieście Cres:

Fontanny całkiem sympatyczne ale poza tym jakoś średnio nam się Mali Losinj podoba... Spacerujemy chwilę po placu i w jego okolicach zastanawiając się co dalej robić.


W końcu decydujemy się na spacer do kościoła NMP, który znajduje się powyżej portu. Wąska, stroma uliczka prowadzi nas prosto na placyk przed kościołem.



Bardzo tu sympatycznie. Mieliśmy nadzieję, że będziemy mogli podziwiać widok na port i Trg Hrvatske Republike, niestety, nie widać nic. Mimo to jesteśmy bardzo zadowoleni ze spaceru, jest cicho i spokojnie, trochę leniwie. Udaje nam się jeszcze obejrzeć kościół w środku, za chwilę drzwi zostają zamknięte... Spędzamy chwilę na placu przy kościele, my siadamy w cieniu murów, dzieciaki biegają po placu... Nie wiem dlaczego ale to miejsce przypomina mi katedrę w Szybeniku i chwilę spędzone na placu w cieniu kościelnych murów. Oczywiście kościoła św. NMP nie można porównać z przepiękną katedrą św. Jakuba i nie o takie porównanie mi chodzi... Jest tu też zdecydowanie mniej ludzi, bardziej sennie, nie wiem skąd to skojarzenie...?


Na dół schodzimy inną, jeszcze bardziej wąską i stromą uliczką i jesteśmy znowu na głównym placu miasteczka.



Dochodzimy do wniosku, że nie mamy ochoty na dalsze poznawanie Mali Losinj i postanawiamy poszukać jakiejś sympatycznej plaży w okolicy. Pogoda od rana utrzymuje się raczej bez zmian, jest bardzo ciepło, jednak słońce często chowa się za chmury. Na razie jednak chmury są niegroźne i nigdzie burzy nie widać... Chcemy wybrać się do zatoki Cikat i poszukać tam ładnej i spokojnej plaży. Najpierw jednak idziemy do piekarni i kupujemy burki na drugie śniadanie, zabierzemy je na plaże. Z piekarni, nie spiesząc się, idziemy na parking.


Po drodze oglądamy wystawy sklepów z morskimi pamiątkami:
Odpoczywamy też na ławce:

Niestety, kiedy jesteśmy przy samochodzie, na niebie pojawiają się coraz ciemniejsze chmury. Wygląda na to, że będziemy musieli zrezygnować z plażowania. Liczymy jednak, że ciemne chmury szybką przejdą, jedziemy więc najpierw na zakupy do Lidla. Dyskont znajduje się po drodze do zatoki Cikat. Po zakupach niebo wygląda jeszcze gorzej, wzmógł się wiatr, zaczęło padać. Wracamy więc na kemping, droga powrotna zajmuje nam dużo czasu. Jedziemy w towarzystwie burzy, oprócz ulewy, porywistego wiatru, grzmotów i błyskawic, drogę utrudnia nam również grad... Na szczęście dojeżdżamy bez problemów.

Podsumowując nasz pobyt w Mali Losinj to miasteczko nas nie zachwyciło, wprost przeciwnie, byliśmy trochę rozczarowani. Czegoś tam brakowało, może atmosfery? Najbardziej podobał nam się spacer do kościoła powyżej miasteczka, tam było bardzo klimatycznie, natomiast w centrum czegoś zabrakło.


Do Veli Losinj wybieramy się dwa dni później, jest to jeden z naszych ostatnich dni na wyspach, 28. sierpnia. Zależy nam, żeby poznać miasteczko również po zmroku, dlatego wyjeżdżamy z kempingu dopiero koło 18:00. Mamy nadzieję, że kiedy dojedziemy do Mali Losinj, most będzie już otwarty. Niestety, musimy ustawić się w długiej kolejce samochodów. Na szczęście już za chwile możemy jechać dalej.

Dojeżdżamy do Veli Losinj i zostawiamy samochód na parkingu, oczywiście płatnym, na obrzeżu miasteczka.
Veli Losinj w XIV w. pełnił rolę głównej osady na wyspie. Jednak z czasem naturalny port przestał wystarczać mieszkańcom, ludzie budowali coraz większe statki i Veli Losinj stracił na znaczeniu.

Z parkingu bez problemu trafiamy do położonego przy porcie niewielkiego centrum. Choć wiedziałam, że port jest malutki i tak jego rozmiar mnie zaskakuje. Jeszcze bardziej zaskoczony jest Łukasz, który nie czytał tylu relacji przed przyjazdem i nie wiedział czego się spodziewać. Malutki porcik w niewielkiej zatoczce i urocze, kolorowe domy dookoła. Ślicznie tu!


Pobyt w miasteczku zaczynamy od podejścia do punktu widokowego powyżej portu, tędy też przychodzi się idąc deptakiem z Mali Losinj. Swoją drogą taki spacer jest na pewno bardzo przyjemny, ścieżka prowadzi nad samym morzem i idąc nią, można podziwiać widok na Velebit na lądzie. Jesteśmy troszkę za późno, słońce już zaszło, szkoda, że nie zdążyliśmy na „złotą godzinę”... Ale i tak jest bardzo sympatycznie.





Wracamy do portu i siadamy przy stoliku jednej z licznych kawiarenek. Czas na lody i kawę. Tak samo jak dzieci są uzależnione od codziennej porcji lodów, tak samo my od małego, mocnego espresso :)
Robi się coraz ciemniej, stoliki w restauracjach i kawiarniach zapełniają się, w niewielkim porcie jest niezwykle ciasno, motorówki stoją niemal przytulone jedna do drugiej. Ciekawe czy rano nie mają problemów z wypłynięciem, czy wypływają w jakiejś wcześniej ustalonej kolejności...?




Później idziemy zobaczyć co jest pod drugiej stronie portu. Podchodzimy najpierw pod drzwi kościoła św. Antoniego.
XV-wieczna świątynia była gruntownie przebudowywana w XVII i XVIII w. Oglądamy wnętrze kościoła na raty, najpierw Łukasz z Mikołajem, później ja. Maluchy nie są zainteresowane, dodatkowo nie dokończyli jeszcze swoich lodów.
Idziemy dalej, zobaczyć dokąd prowadzi ścieżka za kościołem. Idzie się bardzo sympatycznie, fajne miejsce na spacery. Docieramy do cypelka, na którym jest niewielka latarnia i kapliczka, której drzwi są zamknięte. Widzieliśmy ten cypelek z punktu widokowego, na którym byliśmy wcześniej.

Jest już dość ciemno, więc nie robimy zbyt dużo zdjęć. Groźny Velebit majaczy po drugiej stronie zatoki, widać też Televrinę (najwyższą górę wyspy Losinj) i światła naszego Osoru u jej stóp.

Wracamy do gwarnego i rozświetlonego portu i postanawiamy podejść jeszcze raz do punktu widokowego, żeby móc podziwiać Veli Losinj po zmroku. Po drodze kupujemy jeszcze frytki od ulicznego sprzedawcy, w sumie te frytki bardziej przypominają pieczone ziemniaki. Smakują całkiem nieźle.

Całkiem ładnie Veli Losinj prezentuje się w nocnym oświetleniu, niestety bark statywu uniemożliwia nam zrobienie idealnego zdjęcia...


Zrobiło się już dość późno, przynajmniej jak na nasze dzieci, postanawiamy więc kierować się już w stronę samochodu. Nasza najmłodsza podróżniczka jest już bardzo zmęczona i odmawia dalszego spacerowania na własnych nóżkach. I tak dużo dzisiaj przeszła jak na dwulatkę :)

Nie dochodzimy jednak od razu do portu, skręcamy w wąską uliczkę pomiędzy kamieniczkami po jego prawej stronie. Bardzo lubimy spacerować takimi zaułkami. W pewnym momencie robi się tak wąsko, że mamy wątpliwości czy gdziekolwiek tędy dojdziemy. Na szczęście, uliczka nie jest ślepa. Docieramy do cylindrycznej baszty, którą widzieliśmy wcześniej z daleka. Została wzniesiona w XV w. przez Wenecjan w celu obrony osady przed pirackimi atakami uskoków. Obecnie mieści się w niej niewielkie muzeum. Można też wejść na położony na górze taras. Choć jest jeszcze otwarta, my nie decydujemy się na wejście. Po ciemku widok i tak nie będzie rewelacyjny.

Schodzimy jeszcze na chwilkę do portu, gdzie trafiamy na koncert ulicznej kapeli. Grają całkiem sympatycznie, chłopcom bardzo się podoba.

Słuchamy chwilkę i wracamy do samochodu. Jest już chwilę po 21:00, na kemping przywozimy oczywiście już śpiące dzieci...
Veli Losinj podobało mi się bardzo, Łukaszowi trochę mniej. Chętnie bym tu jeszcze wróciła
w ciągu dnia, pospacerowała uroczymi alejkami, poszukała fajnej plaży niedaleko. Niestety podczas tego pobytu na wyspach już nam się to nie uda, może następnym razem...
Jest jeszcze jedna miejscowość, która odwiedziliśmy na wyspie Losinj. Nie mieliśmy jej wcześniej w planach i wizyta wyszła zupełnie przypadkiem. Wracając z naszego plażowania na wyspie Losinj, z zatoki Mrtvaska okazało się, że nie zdążymy przejechać przez most w Osorze przed jego zamknięciem o 17:00, zabraknie nam zaledwie kilku minut. Postanowiliśmy więc zatrzymać się w ostatnim miasteczku na wyspie czyli właśnie w Nerezine. Zaparkowaliśmy na sporym, bezpłatnym (jak miło) parkingu niedaleko portu, tuż przy markecie i poszliśmy na spacer. Niewielki porcik spodobał nam się od razu. Było bardzo spokojnie, leniwie, lubimy takie miejsca. Kilka odnowionych domów nad portem, trochę łódek, niewielka kawiarnia, hotel i restauracja. Dzisiaj nie było jeszcze lodów, musieliśmy więc to nadrobić, kupujemy po dużej kugli w kawiarni w porcie idziemy dalej poszukać rynku/głównego placu miasteczka. Oczywiście nie musieliśmy szukać zbyt długo, trafiamy bez problemu. I też nam się podoba. Choć w sumie trudno określić dlaczego. Nie ma tu nic szczególnego, kilka domów, kościół, kawiarnia, sklep z winami... Chodzi chyba o atmosferę tego miasteczka. Lubimy takie spokojne, trochę senne miejsca, jednocześnie czyste, zadbane. Ponieważ mamy do Nerezine bardzo blisko wracamy tu jeszcze 3 czy 4 razy. A to rano przed plażą kupić znaczki na poczcie (jest na rynku) i jednocześnie chwilę pospacerować, a to do marketu, a to po prostu na lody i kawę.

Na koniec kilka zdjęć z Nerezine, nie zostały zrobione tego samego dnia...



3 komentarze:

  1. To zdjęcie ze stołami na nabrzeżu...uwielbiam tak jeść! :) szkoda, że u nas się tego nie spotyka, no cóż, inny klimat.

    OdpowiedzUsuń
  2. Podziwiam. Ja mam dwójkę dzieci i każdy wyjazd to dla mnie ogromny stres. Na przyszły rok planujemy Chorwację, wtedy starsza córka będzie miała 5 lat, a młodsza 2 latka... może nie będzie tak źle...

    OdpowiedzUsuń
  3. O rany! Nasz ukochany Veli Losinj :) Świetny blog! Pozdrawiamy.

    OdpowiedzUsuń