Łagodne, kamieniste zatoczki i bogate życie podwodne czyli czas na Losinj.

W poprzednim odcinku opisywałam plaże południowej części wyspy Cres, te, na które dotarliśmy podczas naszych wakacji. Teraz czas na sąsiednią wyspę. Losinj jest połączona z Cresem mostem. Most znajduje się w miasteczku Osor, które było naszą bazą i miejscem, w którym bardzo chętnie spędzaliśmy wieczory. Most jest otwierany dwa razy dziennie: o 9:00 i 17:00, wtedy ruch na drodze jest oczywiście wstrzymany na ok. 30min.



Sv Ivan i Zatoka Mrtvaska.

Drugiego dnia naszego pobytu w Osorze (był to 22. sierpnia 2012r) wybraliśmy się poszukać ładnej plaży na Losinju. Chcieliśmy dojechać do wzgórza Sv Ivan. Żeby tam dotrzeć trzeba w Mali Losinj kierować się na Servisna Zona i minąć wysypisko śmieci, ta część drogi jest niezbyt malownicza, nie należy się jednak zniechęcać, dalej będzie już pięknie! Za strefą przemysłową Mali Losinj droga wznosi się dość stromo, później prowadzi grzbietami niewielkich wzniesień. Docieramy do wzniesienia Sv Ivan (231m n.p.m.), na którym położona jest kapliczka. Zostawiamy samochód przy drodze i podchodzimy do kapliczki wąską ścieżką. Cykady hałasują niesamowicie, gorące powietrze pachnie piniami i przepiękne widoki dookoła! Według mnie jest to obowiązkowe miejsce do odwiedzenia podczas pobytu na wyspie. Pod nami Veli Losinj i majaczący Velebit po drugiej stronie zatoki. Przepięknie!






Oglądamy kapliczkę, podziwiamy widoki, odpoczywamy chwilę w cieniu pinii i zastanawiamy się, co dalej...?
W planach mieliśmy zejście do jednej z zatoczek położonych poniżej, od strony otwartego morza, np. Krvica lub Balvanida.

Widok na zatokę Krvica ze wzgórza Sv Ivan:

Jednak upał jest bardzo duży, zatoczki w dole jakoś daleko, na mapie wydawało się bliżej... Na dół schodziłoby się bez problemu, gorzej byłoby podchodzić z powrotem. Tym bardziej, że jest już dość późno. Postanawiamy zrezygnować z wędrowania, może innym razem, kiedy upał będzie mniejszy i wybierzemy się wcześniej... Dzisiaj jedziemy dalej drogą, na koniec wyspy Losinj. Wiemy, że jest tam sympatyczna zatoczka i co ważna do się do niej dojechać ;)

Jedziemy podziwiając widoki, na końcu wyspy droga dość stromo opada w dół. Po wczorajszym zjeździe do zatoki Koromocna jestem już trochę uodporniona ;) Im jesteśmy bliżej morza tym więcej samochodów stoi zaparkowanych przy drodze. W końcu stwierdzamy, że nie ma sensu jechać dalej, bo możemy nie znaleźć wolnego miejsca. Widok tych wszystkich samochodów nie napawa optymizmem, wprost przeciwnie, zastanawiamy się nawet czy nie jechać gdzieś indziej. Tylko gdzie? W tej części wyspy do wszystkich innych zatoczek trzeba daleko dochodzić, a jest już trochę za późno żeby jeżdzić w inną część Losinj czy na Cres.

Rozglądamy się, widoki są bardzo sympatyczne, przed nami wysepka Ilovik i mniejsza Sv Petar, widać oczywiście przymglony Velebit na stałym lądzie. Zatoczka Mrtvaska też wygląda bardzo zachęcająco. Gdyby nie ta ilość samochodów...

Wysepki Ilovik i Sv Petar:

Zatoka Mrtvaska.


Bierzemy rzeczy z samochodu i ruszamy w dół. Mamy do przejścia kilkaset metrów asfaltową drogą. Samochodów coraz więcej, a całkiem na dole, jest nawet mały parking, na którym część samochodów stoi przykryta płachtami, spora część jest na tutejszych rejestracjach. Jesteśmy już na dole, okazuje się, że z jednej strony zatoczki jest niewielki pomost, przy którym cumują wodne taksówki. Na plaży nie ma zbyt dużo osób. Teraz dopiero domyślamy się gdzie się podziali właściciele tych wszystkich samochodów. Nie przyjechali tu żeby plażować, tylko żeby popłynąć na wyspę Ilovik, gdzie obowiązuje zakaz ruchu.

Plaża jest niezbyt duża, kamienista, z dość łagodnym zejściem do wody. Ludzi nie ma tu zbyt dużo, jest dość spokojnie. Jednak ilość samochodów na położonej niedaleko (i w zasięgu wzroku) drodze oraz pomost z wodnymi taksówkami, sprawiają, że nadal nie jestem zachwycona tym miejscem. Rozkładamy się na końcu, w miejscu gdzie zaczynają się skały, mamy tu nawet trochę cienia, co, przy ponad 30-sto stopniowym upale, jest dość ważne. Tym bardziej, że Hania zasnęła. Drzemka w przyjemnym cieniu? Dlaczego nie.


Z czasem okazuje się, że pierwsze negatywne wrażenie szybko mija i zaczyna nam się tutaj podobać. Do tego życie podwodne jest bardzo ciekawe i spędzamy dużo czasu nurkując.





Zatoka Zabodarski.

Tydzień po przyjeździe do Osoru i 5 dni po plażowaniu w zatoce Mrtvaska postanawiamy znowu wybrać się na wsypę Losinj w poszukiwaniu urokliwej i spokojnej plaży. Tym razem nie jedziemy aż tak daleko, postanawiamy poszukać ciekawego miejsca w okolicach malutkiego lotniska. Przejeżdżamy przez most łączący obie wyspy i kierujemy się na Mali Losinj, jednak jeszcze przed miasteczkiem skręcamy w prawo, według oznaczeń prowadzących na lotnisko. Na początku chcemy dojechać do zatoki Liska Slatina. Tuż przed bramami lotniska skręcamy w prawo w szutrową drogę, jest kiepskiej jakości. Zostawiamy więc samochód w szerszym miejscu, wyjmujemy wszystkie nasze graty i idziemy dalej na nogach.


Według oznaczeń na mapie (dostaliśmy fajną mapkę na kempingu) powinniśmy iść ok. 30min. Niestety po jakiś 15min. droga zamienia się w wąską ścieżkę a po kilkudziesięciu metrach w ogóle zanika...


Wracamy do samochodu, postanawiamy pojechać w inne miejsce. Odechciało nam się szukać urokliwych, dzikich plaż, jedziemy więc do wioski Artatore położonej nad zatoczką Artaturi, leży ona pomiędzy główną drogą prowadzącą do Mali Losinj a drogą na lotnisko. Niestety, zupełnie nam się tam nie podoba. Za dużo ludzi, za dużo domów, za dużo jachtów, wszystkiego za dużo... aż tak zdesperowani nie jesteśmy...

Wracamy w okolice lotniska i postanawiamy spróbować dojechać do zatoki Zabodarski, według naszej mapy prowadzą do niej dwie drogi. My wybieramy tą po prawej stronie lotniska. Droga jest bardzo wąska i bardzo wyboista, ale jakoś jedziemy, na szczęście nie spotykamy nikogo jadącego z przeciwka.



Po kilku minutach w lewo odchodzi jeszcze węższa i bardziej dziurawa droga, przy której stoi strzałka: ZABODARSKI. Wygląda na to, że tym razem jesteśmy na dobrej drodze i w końcu dotrzemy na plaże. Postanawiamy zostawić samochód przy „skrzyżowaniu” i dalej iść na nogach. Po około 5min. jesteśmy na plaży. Jednak niewielka, kamienista plaża zupełnie nam się nie podoba. Do tego, co spotykamy po raz pierwszy i ostatni na tych wysepkach, jest bardzo zaśmiecona... Zostawiam Łukasza z dzieciakami na tej plaży i idę ścieżką prowadzącą nad skałkami z prawej strony. Mijam dwie czy trzy sympatyczne mini-plażyczki, niestety zajęte i znajduję naszą :) Wracam szybko po resztę rodziny i zajmujemy uroczą plażyczkę, która na nas czekała. Bardzo tu sympatycznie. Łagodne zejście do wody, mini-brodzik między skałkami dla naszej najmłodszej podrożniczki, ciekawe życie podwodne i troszkę cienia pod skałkami. I choć w zatoce jest trochę ludzi, to i tak jest tu spokojnie i kameralnie.




Robię sobie spacer po skałkach, żeby zobaczyć dalszą część zatoki. Okazuje się, że na końcu są dwie bardzo ładne plażyczki.


Niedaleko nich, pomiędzy drzewami, widzę zaparkowane samochody, pewnie dojechały tu tą drugą drogą, prowadzącą z lewej strony lotniska. Postanawiamy, że jeszcze wrócimy do zatoki Zabodarski i spróbujemy dojechać do niej właśnie tą drugą drogą.


Wracamy i to dość szybko, bo już po dwóch dniach. Udaje nam się dojechać do zatoki tą drugą drogą, jest w trochę lepszym stanie i jedzie się trochę krócej. No i parkujemy tuż koło zatoki.
Wybieramy plażyczkę bardziej na lewo i spędzamy cudowne kilka godzin, ciesząc się słońcem i krystalicznie czystą i ciepłą wodą. To nasze ostatnie plażowanie na wyspie Losinj i niestety przedostatnie na tych wakacjach...





Podsumowując nasze plażowanie na wyspach Cres i Losinj to w sumie odwiedziliśmy sześć zatoczek, cztery na Cresie, dwie na Losinj. Do trzech z nich wróciliśmy po raz drugi. Każde z tych miejsc było inne, każde bardzo nam sie podobało, ale też każde miało jakieś minusy (długie dojście, niewygodne zejście do wody, mało kameralnie) i trudno mi wybrać zatoczkę numer jeden. Może Zabodarski na Losinj, może dzika plaża w zatoczce Malzicarica na Cresie?

Pewnie niektórzy czytając moje opowieści dziwią się, że mieszkając na kempingu nad samym morzem, codziennie dojeżdżaliśmy, żeby spędzić kilka godzin na plaży. Jednak to nasze szukanie urokliwych zatoczek było jednocześnie świetnym sposobem na poznanie obu wysp. Wąskie, szutrowe drogi, małe wioski, poprzecinany kamiennymi murkami i spalony słońcem Cres oraz zielone wzgórza Losinj. I wszędzie zapierające dech widoki. Polecam choć jedną taką wycieczkę bocznymi drogami! 

4 komentarze:

  1. Dobrze się czyta teraz o Chorwacji, zważywszy pogodę jaką mamy za oknem. Jakbym czuła ten zapach nagrzanego powietrza...:) Tym bardziej,że jeżeli się uda, to w tym roku znów pojedziemy nad Jadran, ale wybieramy się dalej, myśleliśmy o półwyspie Peljesac, chociaż trochę się boję takiej długiej trasy, wziąwszy pod uwagę, że nasza młodsza córeczka ma 3 lata.. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nasz pierwszy raz w Chorwacji był właśnie na Peljesacu, baardzo nam się tam podobało. Wyspa Losinj trochę mi go przypominała :)
      A długiej podróży z trzylatkiem bym się nie bała. Kiedy byliśmy kilka lat temu na Korsyce, Kajtul miał niespełna trzy lata i podróż zniósł doskonale.
      Pozdrawiam i życzę udanych wakacji :)

      Usuń
  2. O, a gdzie mieliście bazę na Peljesacu? Bo my się właśnie nie możemy zdecydować :) Myśleliśmy o Trpanju..
    A co do podróży to boję się, bo znam możliwości mojej córki :) Pierwszy raz byliśmy z nią jak miała rok i 3 m-ce, ale wtedy troszkę bliżej, w Breli, na Riwierze Makarskiej, nie wspominam podróży szczególnie sympatycznie :D, aczkolwiek i tak spodziewaliśmy się czegoś gorszego, zważywszy na dotychczasowe doświadczenia podróżne z naszymi córeńkami :)Jak młodsza miała pół roku, pojechaliśmy z nią nad morze, "do" było ok., bo była noc i cudem jakimś spała, ale droga powrotna to jeden ciągły wrzask, myślałam, że wyrwę włosy z głowy :),więc w tym roku to już w ogóle nie wiadomo, bo do tego zwiększył jej się zasób środków okazywania niezadowolenia.
    Czytałam waszą relację z podróży na Korsykę, byliśmy obydwoje z mężem pełni podziwu, w ogóle wy macie anioły, a nie dzieci :)
    A co do Peljesaca, byłabym wdzięczna bardzo za jakieś wskazówki, bo w ogóle go nie znamy, tyle co z relacji podczytanych na forum.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My mieszkaliśmy w Orebicu, to był koniec września, było tam bardzo spokojnie. Nam się bardzo podobało :) To było jeszcze w czasach "przed dziećmi", chwile po ślubie i były to dość leniwe wakacje ;) Teraz bardziej aktywnie spędzamy czas. No i byliśmy tylko 6 pełnych dni na miejscu. Odwiedziliśmy wtedy Ston, pojechaliśmy do Dubrownika i popłynęliśmy na piękną Korculę. Aż się teraz sama dziwię, że tak mało poznaliśmy półwysep... Plażowaliśmy na skałkach koło naszego ośrodka.

      Co do podróży z dziećmi, to trzylatka zupełnie inaczej znosi podróż niż roczniak czy dwulatek. Ja polecam przenośne DVD do samochodu, najlepiej z dwoma monitorkami. No i my najdłuższe przejazdy robimy w nocy, dzieciaki śpią a my mamy ciszę i spokój. Natomiast w ciągu dnia co 2-3 godz. robimy postoje w jakiś ciekawych miejscach (oczywiście w miarę możliwości), gdzie spędzamy półgodziny czy godzine (jakieś małe,sympatyczne miasteczko, zamek, skansen itp)

      I zapewniam, że nasze dzieci nie są aniołami ;) Są bardzo energiczne i nieżle rozrabiają ale też są przyzwyczajeni do pordróży i dłuższych przejazdów.

      Usuń