Rysianka w deszczu i we mgle.

To był pierwszy taki wyjazd. Po raz pierwszy pojechaliśmy w Beskidy z namiotem i po raz pierwszy pojechaliśmy nie z dziećmi, nie we dwoje, ale z przyjaciółmi. Z przyjaciółmi, dla których to był pierwszy taki górski wyjazd.
W planie mieliśmy Rysiankę oraz Pilsko. W obu miejscach już byliśmy w ubiegłym roku: na Rysiankę szliśmy przez Halę Boraczą i Lipowską, natomiast na Pilsko wędrowaliśmy z przełęczy Glinne. Tym razem planujemy wędrować innymi szlakami.






Losy wyjazdu, choć został on zaplanowany ze sporym wyprzedzeniem, ważył się do ostatniej chwili. Choć był to weekend w połowie czerwca, prognozy nie były zbyt optymistyczne. Miało być sporo deszczu i niebyt wysokie temperatury, a przecież chcieliśmy spać pod namiotem. W końcu w piątkowy wieczór postanowiliśmy, że nie damy się pogodzie i jedziemy ;)
Zbiórka w sobotę wcześnie rano i ruszamy dobrze znaną drogą numer jeden w kierunku Bielska. Z Bielska przez Żywiec do Sopotni Wielkiej. Zostawiamy samochód przy Wodospadzie Sopotnia (tuż obok wodospadu jest mały pensjonat, za drobną opłatą wjechaliśmy na należący do niego parking), bierzemy plecaki z bagażnika i około 10:30 ruszamy. Zaczynamy od czarnego szlaku, widać, że nie jest on zbytnio popularny, momentami ścieżka jest mocno zarośnięta. Od początku szlak jest dość stromy, szybko łapiemy wysokość. Niestety po jakimś czasie nadciągają ciemne chmury i zaczyna padać... Dobrze, że szlak prowadzi przez las, zawsze drzewa choć trochę nas zasłaniają... Deszcze powoduje, że nie mamy najlepszego tępa, robimy kilka przystanków, chowając się większymi drzewami. Na Kotarnicy (1156m n.p.m.) dochodzimy do niebieskiego szlaku, wejście tutaj według mapy miało nam zająć ok. 60min, nam zajęło sporo więcej... Szlak czarny tutaj się kończy, my odbijamy w lewo i dalej idziemy niebieskim szlakiem. Deszcz na szczęście przestał padać, widać nawet coraz więcej błękitnego nieba, pojawia się też słońce. Docieramy na Polanę Majcherkową, całkiem ładny stąd widok na Pilsko. Słońce świeci, ładne widoki, postanawiamy zrobić sobie tutaj dłuższy odpoczynek. W końcu nigdzie się nam nie spieszy :)




Po dłuższym lenistwie na Polanie Majcherkowej wędrujemy dalej szlakiem niebieskim na Romankę (1322m n. p.m.), tam żegnamy się z niebieskim szlakiem, który zmieniamy na szlak żółty. Przed nami najładniejsza część naszej wędrówki: Hala Łyśniowska, Przełęcz Pawlusia oraz Hala Pawlusia, piękne widoki.




Niestety znowu nadciągnęły ponure, ciemne chmury, w ostatniej chwili docieramy do schroniska, kilkanaście minut później przechodzi niezła ulewa.
Dojście do schroniska na Rysiance zajęło nam 5,5 godziny, ale trudno mi stwierdzić ile z tego czasu to faktyczny czas przejścia, z mapy wynika, że da się tą trasę pokonać w 3 godz.

Po jakiejś godzinie znowu wychodzi słonko, nasi Panowie wychodzą, więc, żeby rozbić nasze małe, tekstylne domki. Planując ten wyjazd wcześniej, braliśmy pod uwagę, że rozbijemy się gdzieś na dziko, na jakiejś polance kawałek od szlaku. Jednak niepewna pogoda wymusiła zmianę planów. Jeśli wieczór będzie deszczowy, lepiej spędzić go w schronisku, tak samo z porankiem dnia następnego. Obok schroniska jest wydzielone miejsce dla namiotów, mieszkając pod namiotem można korzystać ze schroniskowych sanitariatów oraz jadalni.
Na szczęście wieczorem już nie pada, dzięki temu możemy posiedzieć przy ognisku. Miejsca na ogniska są dwa, dzisiaj zajęte jest tylko jedno, rozpalili go rowerzyści, my korzystamy z ich życzliwości i się dosiadamy.


Noc nie jest zbyt ciepła i trochę marznę, rano bardzo się cieszę, że nie musimy jeść śniadania na dworze, tylko w schroniskowej jadalni.
Pogoda niestety nie jest idealne, widoczność kiepska, chmury wiszą nisko nad górami, zasłaniając szczyty. My jednak ruszamy na szlak, kierunek Hala Miziowa, szlak czerwony. Jest jeszcze druga opcja, szlak niebieski na Pilsko i stamtąd szlak żółty na Halę Miziową, ale przy dzisiejszym barku widoczności wchodzenie na Pilsko nie ma sensu. Szlak jest całkiem przyjemny, niezbyt wymagający, jednak przy dzisiejszej pogodzie całkiem pozbawiony widoków. Momentami widoczność jest zaledwie na kilkanaście metrów.


Po drodze robimy sobie jedną dłuższą przerwę i dojście do schroniska zajmuje nam ok. 3 godz.
Mgła jest tak duża, że choć schronisko jest tak duże, dostrzegamy je dopiero będąc kilkanaście metrów przed...

Schronisko w środku, o czym pisałam już poprzednio, zupełnie pozbawione jest górskiego charakteru, zupełnie nam się nie podoba. Spędzamy tu jednak trochę czasu, zaplanowaliśmy tutaj obiad.

Do Sopotni Wielkiej, gdzie czeka nasz samochód, schodzimy trzema kolejnymi szlakami. Na początku zielonym (który dalej też doprowadziłby nas do Sopotni), następnie czarnym, na końcu żółtym. Wybraliśmy ten wariant ponieważ prowadzi przez kilka polan. Dzisiaj jest to jednak bez znaczenia, pogoda nie zmieniła się od rana, cały czas wiszą ograniczające widoki, ponure chmury. Na szczęście dzisiaj już nie pada. Droga spod schroniska do Sopotni zajmuje nam ok. 2 godz., czyli tyle ile wynikało z mapy. Szlak jest dość stromy, a jak wiadomo, stromy szlak często w dół jest bardziej wymagający niż do góry. Z radością więc docieramy do samochodu.

Był to, pomimo kiepskiej pogody, bardzo udany wyjazd. Zabrakło wprawdzie trochę widoków, zrekompensowało je za to świetne towarzystwo :) Naszych towarzyszy gorąco pozdrawiam i liczę, że kiedyś powtórzymy taki wspólny, górski wypad. Może jesienią :)

1 komentarz:

  1. Jesienne Beskidy są przepiękne, więc bardzo fajna opcja ;) Szkoda, że widoki i pogoda nie do końca Wam dopisały. Zawsze to jednak dobry pretekst, żeby trasę powtórzyć ;) Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń