Wrześniowe Tatry i Kościelec... trochę symboliczny :)

W zeszłym roku, jesienią, wybraliśmy się z Najstarszym w Tatry, naszym celem był Kościele. Jednak z powodu zbyt dużej ilości śniegu, nie udało nam się wejść na szczyt i doszliśmy jedynie niewiele powyżej Karbu. Syn był trochę zawiedziony, miał to być jego pierwszy dwutysięcznik w naszych Tatrach. Obiecaliśmy Mikołajowi, że wiosną, kiedy zejdzie już śnieg, wrócimy na Kościele. Niestety śnieg leżał długo, później pojawiały się inne niesprzyjające okoliczności i nie udało nam się wybrać. Latem Tatry wolimy omijać z daleko z uwagi na zbyt dużą liczbę przebywających tam turystów. Przyszedł wrzesień i postanowiliśmy nie czekać aż w Tatrach spadnie śnieg, wybraliśmy się na Kościelec już w 8. września. Tym razem wędrówka zakończyła się sukcesem.


Tak jak w ubiegłym roku, pojechaliśmy jedynie na jeden dzień, tym razem nasz skład jest liczniejszy, zabraliśmy również młodszego syna. Wyjechaliśmy z domu przed 3. w nocy i koło 6. rano byliśmy w Kuźnicach.
Wybieramy dokładnie te same szlaki, którymi szliśmy rok temu: szlak niebieski z Kuźnic do Przełęczy między Kopami, dalej nad Czarny Staw Gąsienicowy niebieskim szlakiem, stamtąd czarnym na Karb; z Karbu tylko jeden szlak prowadzi na Kościelec, powrót tą samą drogą; następnie schodzimy niebieskim szlakiem i dalej czarnym do schroniska Murowaniec; z Murowańca na Przełęcz między Kopami i powrót do Kuźnic żółtym szlakiem.

Choć wychodzimy z Kuźnic niewiele po 6. rano, na szlaku jest już sporo turystów, kiedy byliśmy tu rok temu w listopadzie było pusto. Pogoda piękna, bezchmurne niebo, wychodzimy powyżej lasu i możemy podziwiać piękne widoki.






Chwila odpoczynku nad Czarnym Stawem Gąsienicowym.



Następnie dość wymagające podejście na Mały Kościelec, 1862m n.p.m. Tutaj postanawiamy, że ja z Kajtkiem nie będziemy wchodzić na szczyt, ja się trochę źle czuję a Kajtek chyba jeszcze na trudniejsze szlaki jest trochę za mały. I tak Mały Kościelec stał się jak na razie najwyższym szczytem na jaki wszedł. Gratulacje!



My zostajemy poniżej przełęczy Karb, a Łukasz z Mikołajem wchodzą na szczyt. Jest to pierwszy dwutysięcznik zdobyty przez naszego starszego syna, jednocześnie jedyny szczyt, którego do tej pory w naszych Tatrach nie zdobył Łukasz. Tak więc Kościele stał się dla nas trochę symbolicznym szczytem.



Łukasz po zejściu stwierdza, że dobrze, że Kajtkiem nie wchodziliśmy, bo pod koniec wejście jest dość wymagające, do tego nie ma ułatwiających łańcuchów.

Kiedy schodzimy do Doliny Gąsienicowej na niebie pojawia się coraz więcej chmur, za którymi chowając się najwyższe szczyty z Kościelcem włącznie.


To była bardzo udana wędrówka, choć okazało się, że w pierwszej połowie września po tatrzańskich szlakach chodzi jeszcze dużo turystów. 

4 komentarze:

  1. Gratulacje dla wszystkich trzech mezczyzn.Kazdy z nich odniosl swoj sukces. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Bravo!!!! Marzenie od lat wrócić w góry we wrześniu. Niestety odkąd podpisałam cyrograf ze szkołą podstawową marzenie nieziszczalne. Może kiedyś...Cyrograf kończy się w czerwcu, kto wie co przyniesie los :D Pozdrawiam słonecznie ze słonecznego Gdańska!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jak cyrograf się skończy radzę pomyśleć nad październikiem, we wrześniu niestety na tatrzańskich szlakach jeszcze dość tłoczno... Pozdrawiam :)

      Usuń