Podgradec i najgorsze lody w życiu oraz leniwy Lin i spacer z widokiem na j. Ochrydzkie.

Ostatnim etapem naszych albańskich wakacji jest pobyt nad jeziorem Ochrydzkim. Jako bazę na dwie ostatnie noce wybieramy kemping Peshku, kilka kilometrów od miasta Podgradec, nad samym jeziorem. Nie jest to najlepszy wybór, jednak w tej części Albanii ciężko o lepszy. Głównym minusem są sanitariaty, bardzo kiepskie. Sam kemping niewielki, leżący pomiędzy ruchliwą drogą a jeziorem. Na dłuższy pobyt i wypoczynek nad jeziorem według mnie odpada, na dwie noce do przeżycia :) Plusem jest cena, płacimy jedynie 9 euro za naszą rodzinkę za dobę.

Są leżaki na sztucznej plaży, pomost i zejście do wody po drabinkach, woda przejrzysta i dość płytka. Dzieciaki i Ł. popołudniu trochę się będą kąpać, ja nie mam ochoty. Szczególnie jak zobaczyłam pływającego w wodzie węża...
Jest tu też hodowla pstrągów i restauracja - dość droga jak na albańskie warunki...

Widok na j. Ochrydzkie:





Widok na kemping z pomostu:

Nasza miejscówka:


Po leniwym poranku jedziemy na wycieczkę. Kierunek Lin.

Albańskie wybrzeże j. Ochrydzkiego nie jest zbyt ciekawe, psuje je prowadząca tuż przy brzegu droga, momentami zaledwie kilkanaście metrów od wody. Czytałam w przewodniku, że można znaleźć dziki plażyczki, myślałam nawet, żeby się przy takiej zatrzymać. Niewielkie plażyczki nawet są, ale co z tego, jeśli tuż za plecami jest dość ruchliwa droga...?

Z daleka widać już skalisty cypel, wiemy, że tam znajduje się nasz cel. Skręcamy według oznaczeń i po chwili jesteśmy na miejscu.

Lin to niewielka, rybacka wioska, malowniczo położona, jakby przyklejona, u stóp skalistego półwyspu. Jedziemy do końca wioski wąską drogą, bardzo mi się podoba, sporo tu starych domów.  


Dalej już się nie da jechać...


Jest na szczęści mały placyk, na którym możemy zostawić samochód, Przed nami jezioro i rybackie łodzie.


Chcemy wejść na wzgórze, w przewodniku wyczytałam, że prowadzi do niego ścieżka spod cerkwi, wracamy więc główną (i jedyną) drogą, którą przyjechaliśmy do cerkwi.

Co jakiś czas między domami po prawej stronie są niewielkie przejścia, zaułki prowadzące do jeziora, wygląda to bardzo malowniczo, kusi mnie, żeby podejść jednym z nich ale czuję się jakbym miała wejść na czyjeś podwórko i rezygnuje...

Jesteśmy przy cerkwi ale nigdzie ścieżki nie widać, krążymy chwile dookoła, w końcu pytamy o drogę (bardziej na migi) jakąś kobietę i ona wskazuje nam ścieżkę. Kawałek dalej, na lewo. Idziemy więc wskazaną drogą.

Po chwili jesteśmy ponad dachami, widać m.in. cerkiew, my chcemy wejść jeszcze wyżej:


I jeszcze wyżej:

Jesteśmy na wzgórzu:

Widok na drugą stronę cypla:


Bardzo nam się tutaj podoba, siadamy na chwilę i chłoniemy widoki:


Lin w dole:

Chwilę odpoczęliśmy i idziemy dalej, chcemy dojść na koniec cypla:



Na końcu jest oczywiście bunkier, w bunkrze kapliczka ;) Przed nami j. Ochrydzkie i Macedonia po drugiej stronie:

Bardzo się cieszę, że dotarliśmy nad to jezioro :) Siedząc koło bunkra opowiadam dzieciakom, że kiedy byłam mała ;) byłam w z rodzicami na wakacjach w Macedonii, wtedy to była jeszcze Jugosławia. Miałam kilka lat, był rok 86. czy 87. Pierwszą część wakacji spędziliśmy pod namiotem na j. Ochrydzkim. I pamiętam, że po drugiej stronie jeziora był jakiś dziwny i tajemniczy kraj, do którego nie można było pojechać... Taka dziwna, tajemnicza i trochę groźna wydawała mi się wtedy ta Albania. Po niespełna 30 latach jesteśmy na tym drugim, tajemniczym brzegu... :D

No ale tyle wspomnień czas ruszać z powrotem. 
Na wzgórzu miały być pozostałości rzymskiej willi z IVw. Jest tylko coś takiego:


Jest też niewielka winnica:


Schodzimy do wioski:


Po wizycie w Linie wracamy na kemping, na obiad. Popołudniu wybieramy się w drugą stronę, do Podgradec.
Mamy ochotę na lody, takie na gałki. Spacerujemy więc po centrum miasta, w okolicach promenady nad jeziorem szukając lodów.

Na początku znajdujemy fontannę:

Kawałek dalej tablice w chodniku upamiętniające znanych ludzi z całego świata, ludzi sztuki, nauki, polityki... Są też Polacy :)
Oprócz dwójki poniżej była też Maria Skłodowska Curie :)



Możemy też zaobserwować w jaki sposób dyscyplinuje się niesfornych kierowców, żeby nie wjeżdżali w jednokierunkowe ulice pod prąd ;) Takie kolce widzieliśmy na kilku jednokierunkowych ulicach :)


Znaleźliśmy też plac zabaw, lata świetności ma co prawda za sobą ale dzieciakom się podoba:


Są też dmuchane, kolorowe zabawki:

Rybacy wracają z połowu:



Lodów jednak nigdzie nie ma...
Nie poddajemy się jednak i szukamy dalej :)

Ku wielkiej radości naszej córki znajdujemy mini wesołe miasteczko :D



Obok dość duża grupa mężczyzn w coś gra... już widywaliśmy podobne grupy, chłopcy idą podejrzeć i bardzo rozbawieni opowiadają nam, że panowie grają w domino :)

W końcu znajdujemy lody, na gałki. I cóż mogę napisać, ich jedyną zaletą było to, że były zimne... Poza tym, były to najgorsze lody jakie jadłam w życiu... zupełnie bez smaku... 
I właśnie jedząc te lody, uświadamiamy sobie, że poza kawiarnią w Szkodrze, nigdzie indziej do tej pory nie spotkaliśmy lodów na gałki... Bywały lody na patyku i one były całkiem niezłe, firmowe, ale zawsze w dość ograniczonym wyborze... Lodów gałkowych nie było. Fakt nie bywaliśmy w kurortach typu Saranda czy Vlora, tam może łatwiej o dobre lody na gałki... Chyba Albańczycy nie są fanami lodów.

Na poprawę smaku idziemy na kawę. Na szczęście espresso mają tutaj wszędzie bardzo dobre :) Dzieciaki poprawiają sobie smak coca-colą, a Hanka niegazowanym napojem z puszki zielone jabłuszko, bardzo jej zasmakował ale nie pamiętam jak się nazywał, u nas takich nie ma.

Podgradec nie zrobił na nas zbyt dobrego wrażenia... takie strasznie zapyziałe i zdecydowanie z poprzedniej epoki. Permet, choć też zatrzymał się w czasie, bardzo mi się podobał. Podgradec zdecydowanie nie. 

Robimy jeszcze nieduże zakupy, tankujemy, czyli wydajemy leki jakie nam zostały. Już nam nie będą potrzebne, jutro rano pożegnamy Albanię...

Wracamy na kemping. Trochę się pakujemy, trochę obserwujemy jezioro. Bardzo jest spokoje. 





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz