Tętniące życiem Sarajewo z lekko orientalną nuta.

Na początku Sarajewo zostało zaplanowane jako nocleg pod drodze, po drodze do Albanii. Prześpimy się, rzucimy okiem na miasto i pojedziemy dalej. Jednak kiedy zaczęliśmy się bardziej interesować stolicą Bośni i Hercegowiny, doszliśmy do wniosku, że jeden nocleg to zdecydowanie za mało. Uznaliśmy, że Sarajewo jest warte dłuższej chwili. Zarezerwowaliśmy więc dwa noclegi w jednym z wielu hosteli - Hostelu Ljubicica. Planowaliśmy zatrzymać się w Hostelu Magaza, który sprawiał wrażenie bardziej klimatycznego, ale nie mieli już wolnej piątki.






Dzień 1.
Jest czwartek, 14. sierpnia 2014r., chwilę przed 15:00, a my właśnie dojechaliśmy do Sarajewa, po przejechaniu 1132km. i spędzeniu ponad 18. godzin w samochodzie (w tym niecałych 2 godz. snu na parkingu gdzieś przy Słowackiej autostradzie). Droga minęła, niestety, nie bez przygód. Najpierw przez kilka godzin strasznie lało, co mocno spowolniło nasze tępo, natomiast później, gdzieś na Węgrzech, okazało się, że coś niedobrego dzieje się z naszym samochodem. Najpierw tylko strasznie kopcił, później zaczął tracić moc. Do Sarajewa jakoś dojeżdżamy ale wiemy, że następny dzień będziemy musieli zacząć od wizyty u mechanika...

Biuro Hostelu Ljubicica mieści się tuż przy głównym placu Starego Miasta - placu Sebilj. Jednak pokoje są porozrzucane w różnych miejscach w centrum miasta. Nasz pokój znajduje się w niewielkim domu, na wzgórzu, po drugiej stronie rzeki (w stosunku do starej, tureckiej dzielnicy - Bascarsiji), niski budynek, z niewielkim podwórkiem oraz całkiem ładnym widokiem na miasto. Dojechanie do tego miejsca było pewnym przeżyciem, ponieważ uliczki są tutaj bardzo wąskie i bardzo strome. Standard nie jest zbyt wysoki, raczej adekwatny do niskiej ceny - za pokój pięcioosobowy, za dwie noce płacimy niewiele powyżej 300zł, ciężko znaleźć coś tańszego ;) Do Placu Sebilj idzie się z naszego pokoju jakieś 10min.

Po rozpakowaniu się w pokoju i pozostawieniu nie całkiem sprawnego samochodu na parkingu przed hostelem, idziemy na wstępny rekonesans.
Zaczynamy od Placu Sebilj. Jak już wspomniałam, jest to główny plac starej, tureckiej dzielnicy, zwanej Bascarsiją. Na placu znajduje się jeden z symboli miasta - studnia (sebilj). Piękna, drewniana, ażurowo rzeźbiona konstrukcja została wykonana w 1753r., pierwotnie stała w innym miejscu, na obecne przeniósł ją w 1891r. architekt Wittek, który też wymodelował ją w stylu mauretańskim.
Tego dnia nie robimy na placu prawie żadnych zdjęć. Siadamy za to w jednej z licznych knajpek i jedząc kebaby, chłoniemy atmosferę tego miejsca. Już wiemy, że przyjazd do Sarajewa bym dobrym pomysłem, bardzo nam się tutaj podoba.

Najedzeni idziemy na spacer. Ulicą Ferhadija idziemy w kierunku meczetu Ghazi Husrev-bega. Jest on najbardziej reprezentacyjnym obiektem muzułmańskiej architektury sakralnej na Bałkanach, wzniesiony w latach 1530-37 z fundacji Ghazi Husrev-bega (namiestnika sułtana). Przed meczetem, pośrodku rozległego dziedzińca, pod daszkiem wspartym ośmioma drewnianymi kolumnami, stoi studnia służąca do ablucji i picia wody. To chyba moje ulubione miejsce w Sarajewie, będziemy tu jeszcze kilka razy.




Idziemy dalej ulicą Ferhadija, jest to główna ulica starej części miasta. Sympatyczny, tętniący życie deptak (ulica jest wyłączona z ruchu) łączy dzielnice muzułmańską z chrześcijańską. Zanim jednak dojdziemy do dzielnicy chrześcijańskiej, siadamy w jednej z licznych kawiarni. Po tak długiej podróży i niewielkiej ilości snu w nocy, potrzebujemy kawy. Do kawy obowiązkowo lody.
Dłuższa chwile później dochodzimy do katolickiej katedry pw. Najświętszego Serca Jezusa, mijając po drodze Starą Synagogę - istna mieszanka kultur i religii.
Po katedrą stoi, niezbyt udany, jak to się często zdarza również u nas, pomnik Jana Pawła II, który odprawił tutaj mszę św. w 1997r.



Na zdjęciach widać pod pomnikiem rower z biało-czerwoną flaga. To Polacy, którzy dojechali tutaj na rowerach :)

Idziemy dalej, docieramy do miejsca zwanego Vjecna Vatra (Wieczny Ogień), gdzie zawsze pali się płomień. Jest ono poświęcone pamięci Boszniaków, Chorwatów, Serbów, a także przedstawicieli innych narodowości, którzy oddali życie w obronie miasta podczas II wojny światowej.


Na tym kończymy dzisiejszy spacer po mieście i wracamy do naszego hostelu. Sarajewo bardzo nam się spodobało i jesteśmy bardzo zadowoleni, że postanowiliśmy zatrzymać się tutaj na dwie noce. Niestety, spokój zakłóca nam niepewność co do naszego samochodu. Wieczór spędzamy więc szukając mechanika w sieci, w hostelu jest bezpłatne wi-fi.

Ostatni rzut oka na miasto spod naszego hostelu:





Dzień 2. 15.08.2014r.

Dzień zaczynamy od wizyty u mechanika. Poprzedniego dnia znaleźliśmy namiary na kilku mechaników, kryterium wyboru było jedno - bliskość do centrum, Nie wiedzieliśmy bowiem czy nie trzeba będzie zostawić samochodu na dłużej, wtedy dobrze byłoby móc szybko wrócić do centrum. W ten sposób trafiamy tutaj. Mechanik ogląda nasz samochód, później jedzie na przejażdżkę z Łukaszem i dzieciakami, zawiózł ich do swojego kolegi, który zajmuje się marką Renault. Wracają po mnie i jedziemy do tego drugiego mechanika. Dowiadujemy się, że trzeba wymienić jakąś rurę, w której zrobiła się dziura... Trwa to godzinę i kosztuję nas 60 euro.
Kiedy mechanik zajmuję się naszym samochodem, my idziemy na spacer. Warsztat samochodowy położony jest w dzielnicy domów jednorodzinnych, na wzgórzu (Sarajewo otaczają same wzgórza), z którego rozpościera się całkiem ciekawy widok na miasto.



Widać nową galerię handlową, do której schodzimy. Robimy małe zakupy w bośniackim Rossmannie i idziemy na lody i kawę do kawiarenki przed galerią. Galeria położona jest przy Bulwarze Mesa Selimovic, zwanym Aleją Snajperów, która podczas oblężenia Sarajewa służyła jako przyczółek dla wielu stanowisk snajperskich. Było to jedno z najniebezpieczniejszych miejsc w mieście.

Pijemy kawę widokiem na hotel Holiday Inn, z którego również strzelali snajperzy:



Samochód naprawiony, odwozimy go na parking pod hostel i schodzimy do centrum. Dzisiejszy spacer po mieście zaczynamy od letniego ogródka przy rzece Miljackiej. Dzieciaki biegają po położonym tuż obok skwerku, my delektujemy się zimnym piwem, wreszcie na luzie, nie martwiąc się stanem samochodu.

Następnie idziemy wzdłuż rzeki i podziwiamy okazałe budynki wznoszące się na przeciwnym, prawym brzegu:


Mijamy synagogę askenazyjską, zbudowaną w 1902r. wg. projektu Parzika w stylu pseudomauretańskim. Przed II wojną światową była to trzecia największa synagoga w Europie.


Wracamy wzdłuż rzeki do kamiennego mostu Latinska cuprije, znanego jako miejsce zabójstwa księcia Ferdynarda i jego żony Sofii w dniu 28. czerwca 1914r., co spowodowało rozpoczęcie I wojny światowej.


Przechodzimy na drugą stronę rzeki i zagłębiamy się w uliczki starego miasta. Docieramy do targu owocowo-warzywnego przy ulicy Mula Mustafe Beseskije, gdzie kupujemy owoce - świeże figi, jeżyny, winogrona.




5. lutego 1995r. miał tu miejsce najbardziej krwawy zamach na ludność cywilną podczas oblężenia miasta, od granatu serbskiego zginęło tu ponad 60 osób, a 193 zostało rannych.

Na ścianie bazaru jest pamiątkowa tablica z nazwiskami ofiar, czerwona ściana za mną:



My idziemy dalej, mijamy znaną nam już katedrę, tym razem widok z drugiej strony:



I skręcamy w lewo, w ulicę Logavina.
Przed przyjazdem do Sarajewa, aby lepiej poznać trudną historię tego miasta, przeczytałam książkę "W oblężeniu. Życie pod obstrzałem na sarajewskiej ulicy" Barbary Demick. Tytułową ulicą jest własnie ulica Logavina, a bohaterami książki są mieszkańcy tej ulicy. Bardzo zależało mi na tym, żeby tutaj przyjść.




Teraz jest tu cicho i spokojnie, 20 lat temu mieszkańcy bali się wychodzić z domu, w każdej chwili mogły paść strzały...
Jeśli wybierzecie się do Sarajewa i chcecie wcześniej lepiej poznać historię tego miasta, to warto przeczytać tą książkę. Polecam.

Schodzimy do ulicy Mula Mustafe Beseskije i wracamy do katedry pw. Najświętszego Serca Jezusa. W chodniku, w jej sąsiedztwie, znajdujemy "sarajewskie róże" -  jest to masa żywicy z dodatkiem plastiku i zmieszana z czerwoną farba, którą wypełnioną dziury w jezdniach w miejscach, gdzie od eksplozji pocisków zginęły co najmniej trzy osoby...



Zaglądamy na chwilę do wnętrza świątyni, następnie idziemy do znanego nam już meczetu Ghazi Husrev-bega. Chcieliśmy zobaczyć meczet w środku, ubrałam się nawet w długa sukienkę i bluzkę z rękawem. Okazuje się jednak, że to za mało, trzeba mieć również chustkę zasłaniająca włosy...
Spędzamy więc chwilę na dziedzińcu:



Stamtąd idziemy w kierunku placu Sebilj, jednak zanim tam dotrzemy, siadamy w jednej z restauracji w bocznej, spokojniejszej uliczce, czas na obiad. Sarajewo nie jest drogie, Za pięć porcji cevappcici z frytkami oraz dwie sałatki płacimy 29 bośniackich marek czyli ok. 64zł.

Najedzeni idziemy dalej spacerować po mieście. Na placu Sebilj jest trochę spokojniej niż wczoraj, można nawet zrobić zdjęcie bez tłumu ludzi ;) Ozdobna studnia i meczet Havadze Duraka w tle:


Chcemy wejść do meczetu Havadze Duraka, jednak okazuje się, że właśnie go zamykają i nie możemy wejść nawet na dzieciniec... Spacerujemy więc dalej uroczymi uliczkami tureckiej, zabytkowej dzielnicy. Może coś kupimy?




Tak jak wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, tak nasze drogi w Sarajewie prowadzą do meczetu Ghazi Husrecv-bega...






 Stamtąd kierujemy się do rzeki i wracamy do naszego hostelu. Chcemy chwilę odpocząć, jednak trochę się już dzisiaj nachodziliśmy. Podziwiamy zachód słońca nad Sarajewem:


I wracamy na dół, chcemy zobaczyć jak miasto wygląda w zmroku. Niewielki meczet koło "naszego mostku", kiedy Łukasz robił nam to zdjęcie z minaretu płynął głos muezina, nawołującego do wieczornej modlitwy...



Na zdjęci u powyżej znajduje się Inat kuca. Inat to stare bośniackie słowo oznaczające upór i przekorę, a więc budynek nazywany jest "domem przekory" lub "upartym domem".

Z domem tym wiąże się ciekawa historia:
" Pewnego dnia władze Sarajewa postanowiły wznieść budynek miejskiego ratusza, ale na terenie, gdzie zdecydowano się wznieść ten imponujący obiekt, znajdowały się prywatne domy. Przedstawicielom władz, za odpowiednią opłata, oddało się odkupić wszystkie te domy, wszystkie poza jednym. Właściciel jednego domu nie zgodził się na żadne pieniądze za zburzenie swojego domu. Wreszcie zgodził się na przeniesienie go w inne miejsce. Wkrótce dom, cegła po cegle, został przeniesiony na drugi brzeg Miljacki i stoi w tym miejscu do dziś".

Obecnie mieści się w nim sympatyczna restauracja. Nasz hostel jest powyżej, na lewo od minaretu, przechodziliśmy koło tego budynku za każdym razem idąc do/z centrum, a historię Inat kuca doczytałam dopiero po powrocie do domu...

W piątkowy wieczór Sarejewskie ulice tętnią życiem, dla nas aż za bardzo. Żałujemy, że nasz wieczorny spacer przypadł na piątkowy wieczór, ponieważ na ulicach oprócz licznych turystów, widać też młodych Sarajewian. Uliczne ogródki przy knajpkach są pełne. Można nawet powiedzieć, że w ten ciepły wieczór knajpki przeniosły się na ulicę... Z tego powodu nie robimy zbyt dużo zdjęć, ulice są zbyt tłoczne.

Docieramy oczywiście pod nasz ulubiony meczet:



Widać stąd ładnie oświetloną sahat kulę czyli wieżę zegarową zbudowaną w XVIIw., później wiele razy niszczoną i odbudowywaną. Jest to jedna z najwyższych i najpiękniejszych wież tego typu w Bośni. W okresie austro-węgierskim dobudowano jej górne partie, a zegar przywieźli z Londynu sarajewscy kupcy.


Nasz spacer kończymy szybciej niż planowaliśmy, zbyt dużo ludzi, zbyt dużo zamieszania. Uciekamy z uliczek starego miasta i wzdłuż rzeki wracamy do naszego hostelu.





Dzień 3. 16.08.2014r.

Dzisiaj trzeba będzie pożegnać Sarajewo. Opuszczamy nasz hostelowy pokój ale zanim pojedziemy dalej, zatrzymujemy zostawiamy samochód niedaleko rzeki i idziemy na ostatni spacer. Mieliśmy w planach zwiedzenie meczetu Ghazi Husrev-bega ale rezygnujemy z tego, zostawiamy na następny raz, bo wiemy, że do Sarajewa będziemy chcieli wrócić.

Spacerujemy po budzących się do życia uliczkach Bascarsiji (bas-carsija - główny bazar). Ta ściśle handlowa i użytkowa część miasta powstała na podobieństwo arabskich placów targowych z szeregiem budynków rzemieślniczych i magazynów połączonych wąskimi uliczkami. W czasach otomańskich było to bardzo ważne centrum kupieckie Bałkanów, spotykali się tu ludzie i karawany z różnych stron świata. Byliśmy tu już poprzedniego dnia, jednak dzisiejszy spacer podoba mi się duzo bardziej. Jest jeszcze pusto, turystów praktycznie nie ma, kupcy otwierają swoje sklepiki, w licznych kawiarniach siedzą mężczyźni przy porannej kawie.





To jest idealny czas i idealne miejsce, żeby napić się bośniackiej kawy. Tradycyjną kawę podaje się na tacy w ciepłym tygielku, służącym do jej zaparzenia, samemu wlewa się ją do małych filiżanek/czarek. Kawa jest mocna i aromatyczne, bardzo nam smakuje. Dzieciaki dostają gorącą czekoladę.





Na koniec idziemy na chwilę na plac Sebilj. Ludzi jest mniej niż w poprzednich dniach, gołębi tak samo dużo jak zwykle.





Czas pożegnać Sarajewo. Trudno mi krótko podsumować pobyt w tym wyjątkowym mieście... Nie jest to najładniejsze miasto jakie widziałam, nie zachwyca w takim typowym znaczeniu tego słowa, ma jednak w sobie to coś, co sprawia, że jest wyjątkowe. Miasto, które ćwierć wieku temu szczyciło się wyjątkową tolerancją, w którym, w zgodzie i wzajemnym szacunku, żyli obok siebie Muzułmanie, Chrześcijanie, Żydzi, Serbowie, Bośniacy i Chorwaci... Którego spokój zburzyła straszna wojna, Miasto odbudowano po wojnie, nie straszy już szkieletami budynków, śladami po granatach. Jednak, spacerując po tym mieście, trudno zapomnieć o jego smutnej historii.

W wiele, wartych do zobaczenia miejsc, nie udało nam się dotrzeć. Nie byliśmy w Muzeum Tunelu, nie pojechaliśmy do pozostałości bastionu na wzgórzu - Zuta tabija - z tego miejsca rozciąga się jeden z ładniejszych widoków Sarajewa. Nie weszliśmy też do sarajewskich sukiennic czyli Dugi Bezistan, pełniącego także dziś rolę bazaru, no i nie byliśmy w żadnym meczecie. W końcu coś musieliśmy sobie zostawić na kolejny pobyt w tym mieście, bo, że jeszcze kiedyś tu wrócimy jesteśmy pewni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz