Miało być jesiennie a było zimowo, czyli październikowe Tatry.

Jesienny weekend Tatrach planowaliśmy już kilka tygodni wcześniej, miały być piękne jesienne kolory, mieliśmy mieszkać w Murowańcu i wejść na Kościelec, no a przede wszystkim mieliśmy jechać tylko we dwoje. Problemy zaczęły się od próby zarezerwowania miejsca w schronisku. Wyjazd planowaliśmy wcześniej, jednak mając trójkę dzieci i wiedząc, że jesień jest porą chorób i przeziębień, woleliśmy z dużym wyprzedzeniem nie rezerwować noclegu. No i przekonaliśmy się, że kilka dni wcześniej, to jest zdecydowanie za późno. Brak wolnych miejsc. I to nie tylko w Murowańcu, ale również w Pięciu Stawach i Chochołowskiej... No trudno, nie będziemy mieszkać w schronisku, jakoś to przebolejemy. Na szczęście w Zakopanym miejsc noclegowych sporo i bez trudu coś znaleźliśmy. Dzień później, a dwa dni przed wyjazdem, okazało się, że w Tatrach spadł pierwszy w śnieg, do tego w niemałych ilościach... na stronie TOPRu ostrzeżenia przed wychodzeniem w wyższe partie Tatr, że ślisko, że niebezpiecznie... No to może lepiej na ten Kościelec jednak nie wchodzić, może zmienić plany? Następuje zmiana planów, rezygnujemy ze zdobywania szczytów, koncentrujemy się na dolinach.






Przez moment pojawiała się myśl, że może lepiej wyjazd przełożyć, że może za tydzień? Może będzie miejsce w schronisku, może zejdzie śnieg? Nie, zaplanowaliśmy, dzieci zdrowe, rozlokowane u dziadków, jedziemy. Piątek, 18. października, wczesnym popołudniem ruszamy doskonale nam znaną drogą numer jeden na południe. Droga mocno zatłoczona, korek na obwodnicy Krakowa i do Zakopanego docieramy dopiero sporo po 17. Tego dnia na górskie wycieczki jest już za późno, spędzamy wieczór w knajpce na Krupówkach.

Następnego dnia pobudka dość wcześnie, szkoda marnować taki piękny dzień.W nocy był mróz, przed wyjazdem musimy skrobać szyby, pierwszy raz w tym sezonie i niestety, nie jesteśmy na to przygotowani ;) Szyby oczyszczone, możemy jechać, kierunek: Łysa Polana. Zostawiamy samochód na parkingu, cena za dzień 20zł - masakra. I ruszamy asfaltem w kierunku Morskiego Oka.

To chyba najbardziej uczęszczana droga w Tatrach, około 8:30 jest tu jeszcze dość pusto. Nad nami bezchmurne niebo, zapowiada się piękna, słoneczna pogoda, słońce jest jeszcze nisko, jego promienie pojawiają się pomiędzy drzewami...


Po ok. 40 min., tuż za Wodogrzmotami Mickiewicza, opuszczamy asfatówkę  i skręcamy w prawo, Doliną Roztoki (szlak zielony) idziemy w stronę Doliny Pięciu Stawów Polskich. Szlak pnie się łagodnie, ludzi niezbyt dużo, idzie się bardzo przyjemnie, choć może trochę brakuje słońca, dolina cały czas jest jeszcze w cieniu. Im jesteśmy wyżej, tym na szlaku pojawia się coraz więcej śniegu. Po ponad godzinie w lewo odchodzi czarny szlak, można nim w ciągu półgodziny dojść do schroniska w Dol. Pięciu Stawów. My jednak idziemy dalej prosto. W pewnym momencie słyszymy za nami duży hałas, okazuje się, że szlakiem jedzie traktor z przyczepą.Traktor nas wyprzedza i chwilę później dociera do swojego celu. Jest tu kolejka linowa, która transportuje zaopatrzenie do schroniska.


Jesteśmy coraz wyżej, za nami coraz ładniejszy widok na Dolinę Roztoki:

Mijamy Siklawę, na zdjęciu wygląda mało ciekawie, na żywo robiła dużo lepsze wrażenie.

Znowu rzut oka do tyłu...

I jesteśmy w Dolinie Pięciu Stawów Polskich, po około 2 godz. wędrowania od parkingu. Jest pięknie! Wprawdzie nie tak, jak miało być, nie rudo-jesiennie, tylko biało, zimowo, mimo to pięknie.



Wędrujemy kawałek, niebieskim szlakiem wzdłuż Wielkiego Stawu, Łukasz tęsknie zerka na szczyty dookoła, niestety, dzisiaj nie wejdziemy zbyt wysoko. Docieramy do odbijającego żółtego szlaku w stronę Koziej Przełęczy i zawracamy, idziemy do schroniska.





Schronisko pęka w szwach od turystów, znajdujemy pustą ławkę z widokiem na Przedni Staw, jemy kanapki, pijemy zimne piwko i wystawiamy buzie do słońca.


Czas ruszać w dalszą drogę. Idziemy dalej niebieskim szlakiem, przez Świstową Czubę (1763m n.p.m.), w stronę Morskiego Oka. Schronisko i Dolina Pięciu Stawów zostaje za nami:




Wspinamy się coraz wyżej, widoki coraz piękniejsze, Dolina Pięciu Stawów z jednej strony:



I widok na drugą:


Momentami śniegu na szlaku jest całkiem sporo i robi się mocno zimowo:


Przeszliśmy na drugą stronę Świstowki i możemy podziwiać widok na Rysy i Morskie Oko:



Niestety robi się coraz później i Morskie Oko jest już w cieniu.

W końcu docieramy do schroniska. Droga z Pięciu Stawów, według oznaczeń, miała nam zająć 95min., my jednak szliśmy ponad 2godz. Nic dziwnego, spora ilość śniegu i momentami mocno śliski szlak, mocno spowalniał wędrówkę.
Rysy i odbicie szczytu w Morskim Oku:

Schronisko Morskie Oko:

Niezbyt długi odpoczynek w schronisku, chwila na kamieniach nad stawem i ruszamy Doliną Rybiego Potoku do samochodu. Zejście zajmuje nam niecałe 1,5godz., kiedy wsiadamy do samochodu jest już praktycznie ciemno.

To była bardzo udana wycieczka!

Następnego dnia, w niedzielę, musimy wracać do domu, jednak mamy jeszcze chwilę na niezbyt długą wycieczkę. Znowu jedziemy drogą w stronę Łysej Polany, jednak zostawiamy samochód dużo wcześniej, w części Zakopanego Toporowa Cyrhla. Zostawiamy samochód przy drodze, w miejscu w którym zaczynają się czerwony i zielony szlak. Nas interesuje szlak zielonym, którym docieramy do uroczej Polany Kopaniec i podchodzimy na Wielki Kopaniec (1328m n.p.m.).



Góra niezbyt wysoko, szczególnie jak na Tatry, za to można stąd podziwiać piękną panoramę Tatr. Świetne miejsce na niezbyt długą wycieczkę.




Jesteśmy zaopatrzeni w kartusz i zaparzacz. Czas więc na niedzielną kawę, która najlepiej smakuje w pięknych okolicznościach przyrody, dzisiejsze okoliczności są przepiękne.


Wszystko co dobre zbyt szybko się kończy, czas wracać do samochodu. Wracamy tą samą drogą, mijamy Polanę Kopaniec i pół godziny później jesteśmy przy samochodzie.



Tak kończy się nasz październikowy weekend w Tatrach, który choć nie do końca wyglądał tak jak planowaliśmy, był bardzo udany. A pogoda, choć zaskoczyła nas zasypując Tatry białym puchem, to później wynagrodziła dwoma dniami słońca i pięknych widoków.

7 komentarzy:

  1. Ależ było tam biało! My się trochę spóźniliśmy, bo w Piątce nie zastaliśmy już prawie w ogóle śniegu, a szkoda - ja właśnie na taką scenerię liczyłam, jak się trafiła Wam :D Zdjęcia piękne, a najbardziej chyba to pierwsze. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja liczyłam na jesienne, rude trawy i trochę mnie ten śnieg rozczarował... Ale i tak było pięknie :)
      Pozdrawiam
      Asia.

      Usuń
  2. Pokonaliśmy dokładnie tę samą trasę we wrześniu i nie wiem czy dałabym radę zejść w całości po ośnieżonej ścieżce ze Świstowej Czuby do Morskiego Oka... Ale widoki na Pięć Stawów jak zawsze zachwycające. I pusto nad Morskim Okiem - no niemożliwe! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Momentami faktycznie było dość ślisko ale daliśmy radę :)
      Nad Morskim Okiem pusto, za to w schronisku tłum... My byliśmy już dość późno i do samochodu doszliśmy po zmroku.

      Usuń
  3. Witam, zdjęcia piękne !!! Zresztą jak zawsze u Pani :) Odkąd odkryłam Pani bloga, kiedy szukałam informacji nt. wyjazdu w Bieszczady z małymi dziećmi to przyznam szczerze że praktycznie codziennie odwiedzam to miejsce :) czekając na nowe zdjęcia i opisy. Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam. Bardzo mi miło, dziękuję :)
      Mam nadzieję już niebawem kontynuować wakacyjne wspomnienia. Sudety też polecam dla dzieci.
      Pozdrawiam
      Asia.

      Usuń
  4. mroźnie, ale pięknie, widoki i ta przestrzeń!
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń