Na granicy Warmii i Mazur.

Dzisiejszy dzień jest ostatnim dniem mazurskiej części naszych wakacji, jutro rano spakujemy nasz tekstylny domek, upchniemy cały nasz wakacyjny dobytek do samochodu i ruszymy dalej. Jednak to dopiero jutro, dzisiaj czas na kolejną wycieczkę.
Tego dnia, po raz pierwszy na tych wakacjach, nie budzą nas promienie słońca. Niebo zasłaniają chmury i to dość nieprzyjemne chmury, chmury straszące deszczem. Jest też trochę chłodniej. My oczywiście nie boimy się ani deszczu ani zimna. Ubieramy się trochę cieplej, pakujemy przeciwdeczowe peleryny oraz kurtki i ruszamy. Kierunek północny-zachód, dzisiejsza wycieczka zaprowadzi nas na granicę Warmii i Mazur.
Mijamy Kętrzyn i jedziemy dalej w kierunku miasteczka Korsze. Po drodze spada kilka kropli deszczu, jak sie potem okaże, będą to jedyne krople deszczu tego dnia a z każdą kolejną godziną pogoda będzie coraz lepsza.

Jedziemy boczną drogą przez typowo wiejskie i rolnicze rejony, nie ma tu już jezior, teren jest zdecydowanie mniej pofałdowany. W końcu dojeżdżamy do wsi Drogosze, mamy wrażenie, że dojechaliśmy na koniec świata. Nasz wierny Scooby (nasza nawigacja) doprowadza nas idealnie do celu, dokładnie pod samą bramę. Po co przyjechalśmy na ten koniec świata? Zobaczyć pałac, który był jedną z trzech największych rezydencji w Prusach Wschodnich, należał do tak zwanych pałaców królewskich.
Niestety na barmie wisi tabliczka informująca, że teren jest własnością prywatną i wstęp jest zabroniony. Znowu... Wysiadamy jednak z samochodu i widzimy, że do barmy od strony pałacu zbliża się starsza pani. Pytamy czy możemy wejść i obejrzeć pałac? Na szczęście tak!




Pałac i jego otoczenie są mocno zaniedbane ale i tak budynek robi duże wrażenie, jest ogromny. Chyba nigdy nie widziałam tak wielkiego pałacu. Wybudowano go w latach 1710-1714 na polecenie Bolesława Fryderyka Donhoffa, przedstawiciela jednego z najmożniejwszych rodów Prus Wschodnich. W czasach świetności wnętrza pałacu olśniewały przepychem. Były tu między innymi teatr i ogród zimowy, prowadzący wprost do parku.  W latach 1954-1991 w pałacu mieścił się Ośrodek Szkolenia Rolników, dzieki czemu budynek przetrwał w dobrym stanie.
Od kilku lat jest w rękach prywatnych i czeka na gruntowny remont. Jak nam powiedziała opiekująca się terenem starsza pani, remont ma się wkrótce rozpocząć, na razie została wyremontowana prowadząca tu droga. Mam nadzieję, że nowym właścicielom uda się odnowić pałac, wtedy na pewno przyjedziemy tu kolejny raz.





Spcerujemy wokół pałacu, park z tylu jest również zaniedbany, choć trawa wygląda na koszoną. Nasze dzieci urządzają polowanie na żabki i koniki polne a my próbujemy podejrzeć przez okno pałacowe wnętrza. Pomieszczenia są ogromne i puste. Szkoda, że wszystkie drzwi są zamknięte.


Pora wracać do samochodu i ruszać dalej, przd nami jeszcze trzy miejsca, każde zupełnie inne... Pierwsze okazało się strzałem w dziesiątkę, ciekawe, jak będzie dalej?

Niestety punkt numer dwa rozczarowuje, na szczęście wieś Warnikajmy mamy właściwie po drodze, nie musieliśmy tu specjalnie przyjeżdżać... W latach 1913-1920 rodzina von Braunów wzniosła tu folwark. Zabudowania z czerwonej cegły, wieżyczki o różnych kształtach i ostrołukowate okna, właściciele mieli dużo fantazji, niestety zabrakło im gospodarskich umiejętności i kilkanaście lat później majątek skomunalizowano. Czytałam ciekawy opis tego miejsca w przewodniku, folwark został nawet nazwany "małym Malborkiem", uważam, że jest to mocno przesadzony opis. Z folwarku zostało jedynie kilka gospodarczych zabudowań, do tego można je oglądać jedynie od frontu, jest to własność prywatna... nie można przejść przez bramę, choć bardzo mnie kusi ;) Trochę rozczarowani jedziemy dalej.



Na Warmii i Mazurach jest mnóstwo zamków, głownie krzyżackich, mniejszych, większych, ciekawszych i mniej ciekawych. Nie chcieliśmy naszego pobytu na Mazurach zamieniać w objazd zamków, wybieraliśmy inne miejsca i atrakcje, jednak choć jeden zamek zobaczyć musieliśmy, choćby ze względu na chłopców. Wybór padł na Reszel i okazał się kolejnym strzałem w dziesiątkę, nie tylko z powodu biskupiego zamku. 


Dojeżdżamy do miasteczka, zostawiamy samochód przy jednej z uliczek niedaleko zamku i idziemy. Punkt pierwszy to oczywiście zamek. Kupujemy w kasie bilety, niestety nie pamiętam ich ceny.
Pierwsza krzyżacka strażnica stanęła tu już 1241 r., jednak budowę zamku murowanego rozpoczęto dopiero w ponad sto lat później. Budowa zamku trwała pół wieku. Rozpoczął ją biskup Jan I z Miśni w 1350 r., kontynuował (od 1355) Jan II Stryprock, a dokończył w 1401 r. Henryk III Sorbom. Zwłaszcza ten ostatni, znany z zamiłowania do przepychu, nadał budowie dużego rozmachu.


Wchodzimy na dziedziniec, nie jest zbyt duży ale całkiem sympatyczny. Z tamtąd schodzimy do podziemi, w ponurej, ciemnej piwnicy chłopcom bardzo się podoba. Następnie znowu na dziedziniec i tym razem idziemy do góry, na wieżę. Podziwiamy widoki na miasteczko, na położoną obok farę, bardzo nam się podoba. Jeszcze chwila na dziedzińcu i opuszczamy zamek. Jest tu jeszcze restauracja i hotel ale dzisiaj zdecydowanie nie dla nas.


 Widok na kościół farny oraz budynek starej plebani oraz czerwone dachy kamieniczek.

Wracamy do samochodu, po wózek dla naszej córeczki i idziemy na spacer po miasteczku. Bardzo tu ładnie, wąskie uliczki, zadbane kamieniczki, sympatyczny rynek z odnowionym ratuszem. Dochodzimy do okazałego, gotyckiego mostu na rzeczce Sajnie. Zbudowany w drugiej połowie XIV wieku jest jednym z najstarszych mostów w Polsce. Wracamy w okolice zamku i zatrzymujemy się w restauracji "U Renaty" przy jednej z sympatycznych uliczek, ulicy Wyspiańskiego. Restaurację z czystym sercem mogę polecić, jedliśmy wpradzie dość proste dania (my pierogi z mięsem, dzieci naleśniki z owocami) ale były przepyszne.

Zdjedliśmy obiad, mamy dużo siła a siła będzie nam teraz potrzebna., będziemy się wspinać. Uliczka, przy której jedliśmy obiad, prowadzi wprost do gotyckiego kościoła farnego św. św. Piotra i Pawła. Kościół został wzniesiony w drugiej połowie XIVw. My chcemy wejść na jego wieżę. Wdrapujemy się po drewnianych schodach, dokładnie po 232stopniach. Idąc po schodach i zatrzymując sięna poszczególnych piętrach można obejrzeć mechanizm zegara na wieży. Warto się trochę zmęczyć, widok z wieży jest bardzo sympatyczny, oglądamy z góry miasteczko i zamek.


Nasz pobyt w Reszlu dobiegł końca, wracamy do samochodu. Przechodzimy jeszcze obok budynku dawnej parafi, wygląda ciekawie choć jest w bardzom złym stanie.
Z miasteczkiem związana jest jeszcze jedna historia. Wznoszące się od północy nad miastem wzgórze było dawniej miejscem publicznych egzekucji. Zasłynęło w sierpniu 1811r. - spalono wówczas na stosie oskarżoną o czary Barbarę Zdunk. Prawdopodobnie był to ostatni stos egzekucyjny w naszej części Europy...

My jedziemy teraz do miejsca, które z czarownicami ma niewiele wspólnego, wprost przeciwnie. Ostatnim punktem naszej dzisiejszej wycieczki jest Święta Lipka. Położona zaledwie 6km. od Reszla niewielka wieś słynie z sanktuarium maryjnego. Kościół i klasztor Jezuitów nazywane są "Częstochową Północy", nie mogliśmy więc ominąć tego miejsca ;)


Początek niezwykłych dziejów sanktuarium sięga połowy XIVw. Wśród konarów lipy, rosnącej pośrodku zabagnionej doliny, pojawiła sie figurka Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Według legendy umieścił ją tam uwolniony skazaniec. Oczekując w więziennej celi na egzekucję, wystrugał niezwykłą figurkę, nie znając zupełnie rzeźbiarskiego rzemiosła. Sędziowie uznali ten fakt za znak niebios i uniewinnili złoczyńce.
Nie ma dzisiaj w Świętej Lipce tamtej figurki, nie ma też pierwszego kościoła, który postawiono w cudownym miejscu. Obecny kościół i klasztor, perły polskiej architektury barokowej, powstały w latach 1687-1693. Niesetety podczas naszej wizyty budynki są odnawiane i zasłaniają je rusztowania. Natomiast wnętrze kościóla olśniewa, jest przepiękne, wygląda, że też zostało niedawno odrestaurowane. Największą atrakcją świątyni są barokowe organy z ruchomymi figurkami wykonane w 1721 r. Krótkie koncerty odbywają się w sezonie letnim co godzinę.

Punkty z dzisiejszego planu dnia zostały zrealizowane. Poza folwarkiem w Warnikajmach, wszystkie miejca bardzo nam się podobaly, każde było inne ale każde niezwykle ciekawe. Polecam gorąco taką wycieczkę na granicy Warmii i Mazur.

Wycieczka zakończona ale dzień się jeszcze nie skończył. Co więcej, kiedy wracamy na kemping po porannym zachmurzeniu i chłodzie nie ma śladu. Popołudnie jest słoneczne i bardzo ciepłe. Udaje nam się jeszcze trochę poplażować nad jeziorem. A wieczorem ognisko tuż przy trzcinach i kiełbaski. Fajne te wakacje pod namiotem!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz