Wyciągiem na Skrzyczne czyli jednodniowy wypad w Beskidy z niemowlakiem :)

Zaczęła się jesień i pierwsze jej dni były niezwykle ciepłe i słoneczne. Patrząc jak drzewa przybierają piękne, jesienne barwy zamarzył mi się wyjazd w góry... Akurat od kilkunastu dni stałam się posiadaczką chusty do noszenia dzieci, zdążyliśmy ją już wypróbować na Jurze i Hania wyglądała na zadowoloną z nowego sposobu podróżowania. Chusta sprawiła, że nie byliśmy skazani na spacery w miejscach, gdzie można przejechać wózkiem i górska wycieczka z niemowlakiem stała całkiem realna.



Postanowiliśmy pojechać na jeden dzień, mamy na tyle blisko w Beskidy, że spokojnie możemy wyjechać rano, połazić po górach i wrócić wieczorem. Ponieważ to miał być pierwszy wyjazd w góry z Hanią, chcieliśmy jechać gdzieś, gdzie można wjechać kolejką, połazić trochę na górze i zjechać. Rozważaliśmy trzy opcje wyjazdu w Beskid Śląski: Ustroń - wjazd na Czantorię, wejście na szczyt i przejście do schroniska po czeskiej stronie; Bielsko – wjazd na Szyndzielnie i wejście na Klimczok oraz Szczyrk – wjazd na Skrzyczne i przejście szlakiem na Halę Jaśkową. Wybraliśmy ostatnią opcję. Dlaczego? Bo tam nas jeszcze nie było ;)

Jest ostatni weekend września, sobota, około 7:30 rano, wyruszamy do Szczyrku. Hania ma dwa miesiące :)
Pod dolną stacją kolejki na Skrzyczne jesteśmy po ponad dwóch godzinach. Zanim jednak pojedziemy do góry trzeba nakarmić Hanię, niemowlak to dość wymagający i często jedzący człowiek ;) Obok dolnej stacji jest mały plac zabaw, siadam obok na ławce, karmię Malutką, a chłopcy w tym czasie mogą się trochę pobawić. Łukasz idzie do kasy kupić bilety, są tylko normalne – 24zł. w obie strony, Kajtul nie płaci, Hania oczywiście też nie ;) Hania nakarmiona, możemy jechać do góry, niestety jest 10:10 i musimy czekać do 10:30, ponieważ wjazd na górę odbywa się co pół godziny... Trochę jesteśmy tym zaskoczeni, ponieważ ludzi jest sporo, co chwilę przychodzi ktoś nowy a na stronie w Internecie znalazłam informację, że przy dłużej frekwencji kolejka działa non-stop, widocznie to nie jest duża frekwencja. Trudno, poczekamy... choć muszę przyznać, że irytujące jest to czekanie. Wyciąg cały czas działa, krzesełka jeżdżą puste, dopiero o 10:25 krzesełka stają, by po 5 minutach ruszyć znowu. Widocznie o turystach czekających w kolejce nikt tu nie myśli.

Jedziemy na górę, krzesełka są dwuosobowe, jadę z Miśkiem (i Hanią zamotaną w chustę), za nami jadą Łukasz z Kajtulem. Kolejka podzielona jest na dwa odcinki, najpierw wjeżdża się na Halę Jaworzynę (ok.920m n.p.m.), stamtąd na Skrzyczne (1257m n.p.m.). Jesteśmy na stacji pośredniej, chcemy jechać dalej, ale niestety pan, który pilnuje osób wsiadających mówi mi, że z dwójką dzieci nie mogę jechać na jednym krzesełku, bo one są dwuosobowe. W pierwszym momencie myślałam, że żartuje, Hania wprawdzie też człowiek, ale jednak dość mały, jest dość ściśle zamotana w chustę na moim brzuchu... Niestety pan nie żartował, dowiedzieliśmy się, że takie są przepisy i on nas wpuścić nie może i bardzo się dziwi, że ktoś na dole nas tak wpuścił... 
Aby dotrzeć na górę mamy tylko jedną możliwość: Mikołajek musi jechać z kimś innym. Jednak nasz synek nie akceptuje takiego rozwiązania. Pozostaje nam więc tylko jedno wyjście: zejść na dół, ponieważ wejście na nogach na górę i zejście do Szczyrku zajęłoby nam zbyt wiele czasu. Z Hali Jaworzyny można zejść niebieskim szlakiem prowadzącym częściowo przy wyciągu, ale to rozwiązanie wydaje nam się mało ciekawe. Wybieramy drugą opcję: podchodzimy kawałek do góry niebieskim szlakiem a następnie skręcamy na szlak zielony, którym schodzimy do Szczyrku.

Na początku jesteśmy bardzo źli i rozczarowani przymusową zmianą planów, jednak szlak jest bardzo ładny, znajdujemy sympatyczny stok, na którym trochę leniuchujemy i humory szybko nam się poprawiają. 








Nasz najmłodszy podróżnik, dokładniej podróżniczka, bardzo dzielnie się spisuje, większą część wędrówki przesypia, podczas postoju pije mleczko. Okazuje się, że wędrowanie po górach z niemowlakiem jest bardzo proste i niezwykle przyjemne. Chłopcy też dzielnie wędrują :)










Jesień dopiero delikatnie daje o sobie znać, nie ma jeszcze tak intensywnych, jesiennych kolorów, jakie mieliśmy nadzieję zobaczyć, ale i tak jest pięknie. Schodzimy do Szczyrku, idziemy na obiad na pyszne pierogi i wracamy do domu. Całość wycieczki zajmuje nam 12 godzin.

Wypad był baardzo udany, góry przepiękne, humory dopisały i nawet idiotyczne przepisy nie zdołały nam popsuć wycieczki. Nawet na jeden dzień warto wyskoczyć w Beskidy, szczególnie jesienią.

1 komentarz:

  1. Właśnie przeczytałam o wycieczce, którą również odbyłam we wrześniu lecz z zupełnie innej, Waszej perspektywy. Miło się czyta o miejscach znajomych ;)
    Fajnie, że pokazujecie, iż z dziećmi takie wyprawy są najbardziej możliwe. Jeśli macie ochotę zobaczyć góry z perspektywy innej osoby i innego obiektywu, zapraszam do siebie.
    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń