Gorce we dwoje czyli romantyczny weekend na Turbaczu.

Lubimy podróżować, zwiedzać, poznawać. Na nasze wycieczki, podróże jeździmy z naszymi synkami, nie uważamy, że są przeszkodą w poznawaniu świata, wprost przeciwnie, chcemy pokazać im jak ciekawy jest otaczający nas świat.
Jednak czasami potrzebujemy wyjazdu tylko we dwoje. Wtedy nie musimy odkrywać nowych miejsc, wtedy wolimy pojechać do miejsc, które dobrze znamy, do których czujemy sentyment... I takim właśnie miejscem są dla nas GORCE!!! A jak Gorce to oczywiście schronisko na Turbaczu.
W tym roku był to nasz drugi weekend we dwoje odkąd urodził się nasz starszy synek, ale mamy nadzieję, że wyjazdy zapoczątkowane rok temu staną się już tradycją.




Dzień pierwszy (piątek - 19.06.2009r.)
Pokój w schronisku zarezerwowaliśmy tydzień wcześniej i pomimo bardzo pesymistycznych prognoz pogody w przed ostatni piątek czerwca ruszyliśmy w kierunku Koninek. Równo w południe, po ok.3godz. jazdy znaleźliśmy się na parkingu przed ośrodkiem "Koninki", gdzie trzeba było zostawić samochód.
Niestety po drodze kilka razy mocno padało i choć nad Gorcami świeciło słońce to dookoła widać było zbliżające się ciemne chmury... Z tego powodu postanowiliśmy zmienić trasę podejścia.
Planowaliśmy wrócić kilometr w dół, do Koninek i stamtąd podejść kawałek żółtym szlakiem a następnie szlakiem zielonym przez Turbaczyk i Czoło Turbacza. Jest to wg. nas najładniejszy szlak z prowadzących z Koninek na Turbacz. I jeśli ktoś ma czas i sprzyjającą pogodę to gorąco go polecam!!!
My jednak wystraszyliśmy się chmur i wybraliśmy krótszy wariant: niebieski szlak przez Czoło Turbacza. Jest to najkrótsza, ale jednocześnie najbardziej wymagająca  droga prowadząca stąd na Turbacz. Można też wjechać koleją linowa na Tobołów (w tygodniu wjazd możliwy jedynie dwa razy dziennie, w weekend o każdej pełniej godzinie) i stamtąd podchodzimy na Turbacz przez Obidowiec.
My ruszamy szlakiem niebieskim. Na początku idziemy szeroką, pnącą się łagodnie drogą, jednak już po 10-15min. szlak skręca w prawo i zamienia się w stromą ścieżkę.  Nie ukrywam, że dalej trzeba się trochę namęczyć. Dość długo ścieżka wspinam się mocno w górę. Do tego dochodzą jeszcze muchy... Muchy to największa wada tych gór latem, w maju jeszcze ich nie ma... A muchy, choć nie gryzą, potrafią mocno wkurzyć, latają dookoła, bzyczą, siadają na głowie, twarzy... straszne. I jest ich na prawdę dużo. Ja w każdym razie szybko latem w Gorce nie wrócę, wiosną na pewno, może jesienią...
No, ale wróćmy na szlak... Jakoś źle mi się idzie tego dnia, powietrze jest jakieś ciężkie, do tego te muchy sprawiają, że zaledwie po 30-40min. wędrówki mam spory kryzys. Na szczęście doszliśmy do pierwszej, malutkiej polanki o nazwie Szałasisko, na której mogę trochę odpocząć. Dalej idzie mi się już znacznie lepiej, pomimo, że stromych podejść nie brakuje.
Po kolejnych 40min. dochodzimy na Średnie, następną polanę grzbietową, zdecydowanie najładniejsze miejsce na odcinku tego szlaku do Czoła Turbacza. Polana jest dobrym punktem widokowym na Beskid Wyspowy, zresztą w najwyższym punkcie polany stoi tablica z panoramą z opisanymi wierzchołkami.
Odpoczynek na polanie Średnie.

Z polaną Średnie wiąże się piękna legenda o świętym Mikołaju, który ponoć spotyka się tu, co roku z wilkami, by wyznaczyć im, ile będą mogły zjeść leśnej zwierzyny i zwierząt hodowlanych:)
Idziemy dalej, przed nami mozolne podejście na Czoło Turbacza. Oj ciężko się idzie, ale świadomość, że to już ostatnie podejście i już za chwilę będziemy cieszyć się pięknymi widokami dodaje mi sił. W tym miejscu dochodzi zielony szlak, którym planowaliśmy przyjść z Koninek.
No i wreszcie jesteśmy na Czole Turbacza! Przed nami roztaczają się przepiękne widoki, wg. mnie jedne z piękniejszych w Gorcach. Hala Turbacz oraz Długa Hala z dawną Metysówką, widać również schronisko na Turbaczu. oraz rozległa panorama Gorców i Beskidu Wyspowego (panorama opisana na tablicy informacyjnej).
Pogoda zrobiła się bardzo ładna, chmury się gdzieś rozeszły, świeci słoneczko, jest ciepło i przyjemnie (tylko te muchy...). Ponieważ jest jeszcze wcześnie (chwila po 15:00, wejście na Czoło Turbacza zajęło nam niecałe 3 godziny, do schroniska zostało jedynie 20-25min.) postanawiamy pobyczyć się troszkę na trawce. W końcu po to tu przyjechaliśmy, nie zależy nam na długich wędrówkach, chcemy odpocząć, nacieszyć się widokami oraz ciszą i spokojem jakie tu panują. Jest cudnie.
Hala Długa, widok z Czoła Turbacza.

Po jakieś godzince ruszamy dalej. Przechodzimy przez Halę Turbacz, na której stoi jeden, samotny, stary szałas. Pasterze mieszkający tu ponad 50lat temu mieli pewnie okazję, wziąć udział we mszy św. odprawionej na tej hali 17 września 1053r. przez ks.Karola Wojtyłe. Była to pierwsza msza św. odprawiona twarzą do wiernych. Na pamiątkę tego wydarzenia w 2003r. postawiono na Hali Turbacz szałasowy ołtarz.
Ostatni odcinek szlaku prowadzi lasem i w końcu dochodzimy do schroniska. Schronisko im. Władysława Orkana, potocznie nazywane na Turbaczu, tak na prawdę położone jest poniżej szczytu. Aby zdobyć najwyższy szczyt Gorców (1310m n.p.m.) należy iść od schroniska ok.15min. czerwonym szlakiem.
My idziemy rozpakować się w pokoju a następnie na obiad do schroniskowej jadalni. Jedzenie, jak to w schroniskach bywa nie jest tanie, ale za to bardzo smaczne :)
Najedzeni wracamy do pokoju jedynie na moment i za chwilę idziemy już przez Długą Halę do dawnej Metysówki. Na hali znajduje się działająca bacówka, jest stado owiec, można kupić świeże sery. My podchodzimy pod stojący w najwyższym miejscu hali okazały budynek, który pierwotnie pełnił rolę stągi a później funkcjonował jako niewielki schronisko zwane "Metysówką". Obecnie należy do GPN.
Metysówka na Długiej Hali.

W drodze powrotnej do schroniska siadamy na łące poniżej szlaku (w pogodny dzień mielibyśmy stąd przepiękny widok na Tatry, jednak w tej chwili schowały się za ciemnymi chmurzyskami), wyjmujemy winko i oliwki z plecaka i rozkoszujemy się atmosferą panującą w tych magicznych górach.
Niestety po jakiś 30min. minutach deszcz wygania nas do schroniska...
I tak kończy się pierwszy dzień naszego romantycznego weekendu :)


Dzień drugi (sobota, 20.06.2009r.)

Sobotni poranek przywitał nas mgłą (widać było jedynie choinki rosnące najbliżej schroniska) i deszczem :(  Nie spiesząc się zjedliśmy śniadanie, potem trochę poleniuchowaliśmy w pokoju, no, ale w końcu nie przyjechaliśmy tu, żeby siedzieć w schronisku. W planach na ten dzień była wycieczka czerwonym szlakiem przez Kiczorę do przełęczy Knurowskiej, jednak pogoda nie zachęcała do dłuższego łażenia, na trawce też nie dało się posiedzieć... Myśleliśmy jeszcze przez chwilę i o spacerze do naszej ulubionej Bulandowej Kapliczki na Jaworzynie Kamienieckiej, ale z tego pomysłu też zrezygnowaliśmy. Wybór padł na schronisko Stare Wierchy, do którego prowadził również czerwony szlak tyle, że w drugą stronę: przez Turbacz i Obidowiec. Wyszliśmy koło 11:00 i przez pierwsze pół godziny nawet nie padało :) Szlak prowadzi najpierw na Turbacz, w ten sposób jednak i tym razem zdobyliśmy najwyższy szczyt Gorców - 1310m n.p.m. ;) Schodząc z Turbacza idziemy przez las zniszczony przez wichurę, widok niesamowity tym bardziej przy takiej pogodzie: mgła i wilgoć...


Muszę przyznać, że szlak prowadzący z Turbacza do Starych Wierchów nie jest ciekawy, jest tam, co prawda kilka punktów widokowych (w tej mgle nic nie było widać) ale w większości prowadzi nieciekawą drogą przez las, do tego drogą rozjechaną przez samochody ze schroniska na Turbaczu. Przy tej pogodzie droga była strasznie błotnista i momentami zamieniała się w rozlewiska.
Mniej więcej w połowie drogi, przy drodze w lesie, mijamy pomnik upamiętniający katastrofę lotniczą, w tym miejscu w 1973r. rozbił się samolot, zginęła w nim Anna Skalińska. Pomnik, z fragmentów samolotu, wykonali pracownicy schroniska na Turbaczu.
Wg. przewodnika dojście do Starych Wierchów powinno nam zając 1h40min - 2h i mniej więcej po upływie tego czasu nagle zniknął nasz szlak... Jeszcze przed Obidowcem do naszego czerwonego szlaku dołączył prowadzący z Koninek (przez Tobołów) szlak zielony. I nagle na drzewach pojawia się jedynie zielony szlak... Nie bardzo wiedzieliśmy, co jest grane, wprawdzie szlaki miały się rozdzielić, ale dopiero koło schroniska, była mgła, ale przecież nie taka, żebyśmy nie zauważyli schroniska... Postanowiliśmy iść dalej i jak gdyby nigdy nic po dwukrotnym oznaczeniu jedynie w kolorze zielonym pojawił się z powrotem również czerwony... Ktoś chyba oszczędzał na czerwonej farbie ;) Za moment też doszliśmy do celu :)
Schronisko Stare Wierchy jest dużo mniejsze od tego na Turbaczu. Weszliśmy do środka, mała, kameralna jadalnia robi bardzo przyjemne wrażenie :) Zamówiliśmy po piwku, zjedliśmy przygotowane rano kanapki i posiedzieliśmy tam około godzinki.
Niestety pogoda ani odrobinę się nie poprawiła... Trzeba było założyć mokre kurtki i ruszyć w powrotną drogę. Kiedy wychodziliśmy ze schroniska pojawił się szczeniaczek labladoro-podobny ;) Był cudny, skakał dookoła nas i zachęcał do zabawy, ruszyliśmy szlakiem i niestety on przyłączył się do nas. Był wprawdzie bardzo zabawny, ale baliśmy się, że jeśli pójdzie dalej z nami nie będzie umiał wrócić. Wróciliśmy, więc do schroniska, żeby poszukać właściciela. Okazało się, że jest to piesek "schroniskowy". Szkoda, mieliśmy cichą nadzieję, że okaże się niczyj i powędruje z nami, ale nasze smyki by się ucieszyły gdybyśmy wrócili z takim rozkosznym szczeniaczkiem :)
Droga powrotna była bardziej męcząca, do tego padający cały czas deszcze już trochę nam się znudził i sprawił, że robiło się coraz zimniej... Przed podejściem na Turbacz zauważyliśmy strzałkę pokazującą kierunek do Szałasowego Ołtarza, wiedząc, że jest on na Hali Turbacz skręciliśmy w lewo i za moment doszliśmy do niebieskiego i zielonego szlaku prowadzących z Czoła Turbacza do schroniska, a po ok.15minutach byliśmy już w schronisku.
Wycieczka zajęła nam ok. 5h (w tym godzina spędzona w schronisku), po przebraniu się w suche i ciepłe ubrania poszliśmy na obiad do schroniskowej jadalni. Tego dnia miałam wielką ochotę na placek po zbójnicku i choć jest to najdroższa pozycja w menu to warto :))
Wieczór spędziliśmy w schronisku, za oknem cały czas padał deszcz, więc tym razem czerwone wino wypiliśmy w schroniskowym pokoju :)
Mimo paskudnej pogody wycieczka była bardzo udana. Bo nie ważne, jaka jest pogoda, ale ważne gdzie i z kim jesteśmy. Z ukochaną osobą w magicznych górach nawet podczas deszczu można spędzić cudowny weekend :)

Dzień trzeci (niedziela, 21.06.2009r.)

Mieliśmy nadzieję, że w niedzielę będzie trochę ładniejsza pogoda i zamiast schodzić krótszym, niebieskim szlakiem zejdziemy do Koninek szlakiem zielonym. Niestety, pogoda dokładnie taka sama jak poprzedniego dnia... Jemy więc śniadanko, pakujemy się i ruszamy w dół niebieskim szlakiem. Na szczęście nie pada, ale z powodu mgły zerowe widoki. Na Hali Turbacz widoczność do kilkunastu metrów, nie widać nawet położonego poniżej ścieżki starego szałasu, słychać jedynie dzwonki owiec i nawoływania bacy. Po śladach na szlaku wywnioskowaliśmy, że owce przeszły tu z Hali Długiej. Niestety tym razem nie dane jest nam podziwianie cudnych widoków z Czoła Turbacza. Jednak muszę przyznać, ze takie zamglone Gorce też mają swój urok i bardzo miło się wędruje pustym szlakiem :)
Robimy krótki postój na Polanie Średnie i schodzimy do Koninek, zostawiamy za plecami zamglone, tajemnicze polany.

Jakieś 10-15 minut przed dojściem do parkingu zaczyna dość mocno padać,  na szczęście jesteśmy już praktycznie na dole.
Tak oto skończył się nasz weekend w naszych ulubionych górach, na pewno nie ostatni, może w końcu przywieziemy tu dzieci...
Powrotna droga prowadzi tuż obok Krakowa a ponieważ jest jeszcze dość wcześnie i nie pada postanawiamy zrobić sobie mały spacer po Krakowskim Rynku i jego okolicach. Zostawiamy samochód niedaleko Rynku i idziemy trochę połazić. Ja oczywiście obowiązkowo zabieram aparat. Niestety po spokojnych i cichych Gorcach w Krakowie uderza nas tłum ludzi i tłok :( Spacerujemy godzinkę, staramy się wybierać spokojniejsze, boczne uliczki, jemy pyszny kebab i wracamy do samochodu. Brak słońca i tłumy ludzi sprawiają, że nie wyjmuję nawet aparatu z torby i nie robię ani jednego zdjęcia... Karków podoba mi się bardzo, ale za każdym razem jak tu jesteśmy tłumy ludzi psują mi przyjemność... Postanawiam, że następnym razem musimy zawitać tu wczesną wiosną lub późną jesienią, żeby było ciut spokojniej.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------
Zdjęcia z Gorców (z tego i ubiegłego roku) znajdziecie tutaj :)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz