Ekwador - Aleja Wulkanów.

Zapraszam na kolejną relację Łukasza z górskich szczytów. Tym razem polecimy do Ameryki Południowej zdobywać wulkany w Ekwadorze. 

Szukając miejsca na kolejny wyjazd Leszek zaproponował Ekwador, a konkretnie tzw. „Aleję wulkanów”. Postanowiliśmy skorzystać z oferty sprawdzonego już kilkakrotnie wcześniej biura Exploruj. Wyjechaliśmy w składzie Leszek, Romek, Jacek, Łukasz i Tomek, który kilka lat wcześniej był w Ekwadorze. Skład uzupełnili: Marta nasz pilot, Marek, Maciek i Basia z Tomkiem.Spotykamy się na lotnisku w Amsterdamie i liniami KLM lecimy bezpośrednio do Quito.



 
   




Na początek zwiedzamy stolicę. Zabudowa jest niska, ciasne i wąskie uliczki. W centrum dużo ładnych kolonialnych kamienic. Zwiedzamy między innymi plac św. Franciszka, plac Niepodległości, kościół Jezuitów, który w środku cały jest ozdobiony złotem. Przewodnik opowiada historie miasta i Ekwadoru.






Zwiedzamy też Bazylikę w stylu neogotyckim. To imponująca budowla o wieżach wznoszących się na 115m, rozciąga się stamtąd wspaniała panorama stolicy.







Jest akurat niedziela i mały ruch na ulicach o czym przekonujemy się następnego dnia. W Quito są wszędzie straszne korki, duży smog, bo jeżdżące w ogromnych ilościach stare autobusy bardzo kopcą. W ramach ograniczenia ruchu wprowadzone są przepisy, które zezwalają na jazdę w mieście na przemian pojazdom o rejestracjach z parzystymi lub nieparzystymi cyframi na końcu numeru rejestracyjnego.

Kolejnym punktem programu jest podróż na Równik. Niedaleko od stolicy znajduje się muzeum oraz różne atrakcje związane z równikiem, który przebiega przez Ekwador.

Zwiedzamy wystawę, która pokazuje życie Indian, oraz ciekawostki wiązane z tym miejscem czyli stawianie jajka na gwoździu czy różny sposób spływania wody w zależności od tego na której półkuli się stoi. Te ciekawostki można zobaczyć w prywatnym obiekcie który znajduje się jakieś sto metrów od głównego budynku państwowego. Podobno wyznaczając linie równika pomylono się i właściwy równik przebiega obok :-)







    Kolejnego dnia poznajemy się z naszym szefem przewodników Oswaldo. Jest doświadczonym i jak się później okazuje, bardzo rozważnym i sympatycznym człowiekiem. Ruszamy w teren. Jedziemy na trekking do Rezerwatu Pululahua, który mieści się we wnętrzu krateru wulkanu. Pogoda niestety tego dnia nam nie sprzyja. Bujna roślinność i występujące tu licznie jeziorka rozrzucone między wzgórzami wyglądają baśniowo.





Wracając wstępujemy do gorących źródeł, które w Ekwadorze, z racji wulkanicznego położenia, są dość liczne. Relaks po trekkingu wspaniały!






Przetarcie w terenie mamy za sobą, pora na zdobywanie aklimatyzacji wysokościowej.

Ruszamy na wznoszący się nad stolicą (która leży na wysokości 2800 m.) wulkan Pichincha Rucu 4698 m. Kolejką gondolowa wjeżdżamy na 4000 m i ruszamy w górę. Podejście nie jest wymagające, jednak z uwagi na wysokość, można dostać zadyszki. Pogoda tym razem jest idealna.








    Kolejnego dnia jedziemy do rezerwatu Pasochoa. Wędrujemy na początku przez las, a następnie wśród łąk na szczyt Cerro Pasochoa 4200 m Widoki przypominają nieco nasze Bieszczady. Tym razem już wchodzi nam się znacznie łatwiej. Co jest charakterystyczne dla przyrody równikowej, wszędzie aż roi się od kwiatów o różnych kształtach i kolorach.









    Następnym wulkanem na naszej liście jest El Corazon 4788 m Tym razem pogoda jest nieco mniej łaskawa, niektórzy z nas potrzebują odpoczynku, więc na szczyt udajemy się w okrojonym składzie. Podczas zejścia chmury się nieco rozpraszają i możemy podziwiać widoki. Pierwszy raz spotykamy pasące się Lamy.

 












    Teraz pora na nieco odpoczynku. Jedziemy do krateru 3900 m, wewnątrz którego leży jezioro. Pogoda jest ładna a sam krater i jezioro tworzą wspaniałą scenerie. Aparaty mają co robić :-) Miejscowości w tym rejonie zamieszkują Indianie. Można tam nabyć ciekawe i ręcznie wykonywane przez nich pamiątki.











W drodze powrotnej odwiedzamy indiański targ, na którym o zawrót głowy może przyprawic mnogość owoców i warzyw.






    Następnego dnia jeszcze przed świtem wyruszamy samochodami terenowymi do La Virgen. Stamtąd rozpoczynamy wejście na Illiniza Norte 5126 m . To już nieco trudniejsze przedsięwzięcie. Jest trochę ekspozycji (tak jak na Rysach czy Świnicy) i spora wysokość. Po drodze jest schron „Nowe Horyzonty” na 4675 m . Wejściu towarzyszą zapierające dech widoki na nasz następny cel czyli Cotopaxi.  









    Na dole w Hacjendzie Cuello de Luna mamy małą uroczystość, Tomek ma urodziny! Jest tort z sera i sałatka z tuńczyka, której smak wspominamy jeszcze nie raz.




Następnego dnia udajemy się do schroniska Jose Ribas 4700 m w parku narodowym Cotopaxi.

W nocy około 24 ruszamy w kierunku szczytu. Wszyscy czują się dobrze, dostajemy dodatkowych przewodników, no i trzeba założyć skorupy, aby chronić stopy przed odmrożeniem, (choć przy dobrej pogodzie można wejść bezpiecznie w dobrych butach trekkingowych). Wejście jest dość mozolne i wszyscy sapiemy jak parowozy, a przewodnicy w tym czasie swobodnie sobie rozmawiają. jakby byli na spacerze w parku. No cóż, widać różnicę w aklimatyzacji i kondycji.





    Na szczyt docieramy po około sześciu godzinach. Są już i inne zespoły. Widoki przepiękne, zwłaszcza krater wulkanu z którego co chwilę wydobywają się wyziewy i strasznie śmierdzi siarkowodorem. Co warto podkreślić na szczycie meldujemy się w komplecie, jest wielkie zmęczenie i wielka radość, dla wielu z nas to rekord wysokości, 5897 m!




Zejście jest też ciekawe, bo teraz dopiero widzimy to, co było skryte w ciemnościach przed naszymi oczami przy podejściu.



Po krótkim odpoczynku w schronisku schodzimy do busa i ruszamy na relaks do Banos. Miasta leżącego u stóp wulkanu Tungurahua. W Banos korzystamy z basenów termalnych, jedziemy też do wodospadów Pailon del Diablo. Po drodze korzystamy z okazji do przejazdu tyrolka na drugi brzeg kanionu.





Wodospady są miejscem które na pewno warto odwiedzić będąc w Ekwadorze. Poza walorami widokowymi mamy tam przedsmak roślinności Amazońskiej z mnogością kwiatów, roślin i ptaków.









Przed kolejnym etapem wyprawy rozdzielamy nasz skład. Romek, Tomek i Jacek postanawiają na własną rękę dotrzeć nad ocean, natomiast ja z Leszkiem kontynuuję górską część wyjazdu.



    Po takiej regeneracji organizmów jedziemy na zbocza Chimborazo, do schroniska Hermanos Carrel 4700 m. Instalujemy się w schronisku. Ja postanawiam się nieco przejść, bo pożyczyłem skorupy od Tomka i chcę je wypróbować. Podchodzę do schronu Whympera 5000 m. Na szlaku spotykam kilka osób. Idzie mi się dość dobrze i z nadziejami wracam do schroniska. Wieczorem na łóżku zaczynam się pocić i jest mi bardzo gorąco. Przewracam się z boku na bok. O dobrym śnie nie ma mowy. Na posiłek schodzę w kiepskim nastroju. Wydaje mi się, że mam jakieś zatrucie pokarmowe. Na jedzenie nie mam ochoty, wciskam w siebie jedną kanapkę. Leszek na szczęście czuje się dobrze. Niestety Tomek w nocy miał problemy żołądkowe jest bardzo osłabiony i postanawia zostać w schronisku. Jego żona Basia, choć czuje się dobrze, niestety też zostaje, bo mieli iść razem. To są trudne i bolesne decyzje. Maciek już wcześniej zdecydował, że nie idzie na górę. W taki sposób na szczyt ruszam z Leszkiem i Markiem oraz Martą i przewodnikami. Wychodzimy o północy.  



    Przed nami widać światełka tych co wyszli wcześniej. Początek jest dość łatwy, ale idzie mi się bardzo ciężko, czasami kręci mi się w głowie, pomału dociera do mnie, że trzeba będzie się wycofać. Po około trzech godzinach dochodzimy do miejsca, gdzie trzeba założyć raki. Jestem załamany, nie tak to miało wyglądać. Przecież na Cotopaxi miałem jeszcze dużo siły i wszystko było ok. Leszek i Marta podtrzymują mnie na duchu i radzą spróbować. Przewodnik sugeruje, że jeśli nie czuję się na siłach, to lepiej wracać, postanawiam jednak iść dalej z innymi, przecież zawrócić można w każdej chwili.

Mijamy kolejne zespoły, które zawracają. Przed nami nieprzetarty, kopny śnieg sięgający do kolan.

Pierwsi mają najtrudniej, ale i z tyłu idzie się koszmarnie. Zostajemy sami na trasie, z mozołem wyrywamy każdy metr górze. Podejście na Chimborazo na tym etapie jest strasznie monotonne i deprymujące. Co chwilę ma się nadzieje, że już widać szczyt, ale to nieprawda. W pewnym momencie przewodnicy naradzają się czy bezpiecznie jest iść dalej, sprawdzają pokrywę śnieżną. W końcu ruszamy. Jem co jakiś czas cukierki i batoniki. To one dają mi energię i dzięki temu jakoś ciągnę dalej. Leszek tez jest już bardzo zmęczony. Marek został gdzieś z tyłu. W partiach pod szczytowych momentami idziemy na czworaka, bo krok w górę często oznacza osunięcie się o dwa kroki w dół.

W końcu, po ponad dziewięciu godzinach walki, stoimy na szczycie 6234 m !!! Na wyższy wierzchołek 6263 m dzisiaj już nie ma szans i sił.  

                 





Ciekawostką jest to że Chimborazo jest najdalej położonym szczytem świata licząc od środka Ziemi. W języku keczua Chimborazo oznacza „wielką śnieżną górę”.

Wieje niemiłosiernie ale jest piękne słońce. Radość i chwila odpoczynku. A później w dół.

Mamy nadzieje z Leszkiem, że za chwilę się zatrzymamy, ale przewodnicy mówią że jest zagrożenie lawinowe, w końcu mocno świeci słońce i musimy schodzić jeszcze jakieś dwie godziny do dłuższego postoju. Wreszcie coś więcej jemy i pijemy, odpoczywamy. Wlekąc się noga za nogą idziemy do schroniska, na dole witają nas nasi towarzysze. Marek zawrócił z wysokości ponad 6000 m. Teraz już wiem, że to nie zatrucie męczyło mnie rano, a po prostu reakcja organizmu na wysokość.

Nie ma czasu na relaks, pakujemy się i schodzimy do auta. Nasze miejsce już zajęły kolejne ekipy.




    Docieramy do Alausi. Nad ranem budzą nas jakieś dziwne odgłosy. Przez centrum miasteczka przebiega oddział wojska śpiewając i głośno tupiąc. Za chwile wracają. Widocznie gdzieś w pobliżu są koszary. Dla nas to niecodzienny widok.

Rano wsiadamy do zabytkowego składu kolejowego i ruszamy na przejażdżkę. Trasa kolei wije się w wąwozie i wznosi zakosami co raz wyżej. Widoki momentami dość ładne, ale podobno dawniej kiedy można było jechać na dachu było o wiele efektowniej.

Na końcu trasy lokalni Indianie prezentują część artystyczną.  





Po powrocie do Alausi, pakujemy się i jedziemy z powrotem do Quito.

Na miejscu spotykamy się z chłopakami, którzy wrócili znad oceanu i dzielimy się wrażeniami. Odwiedzamy jeszcze „farmę motyli” gdzie spaceruje się wśród setek tych różnokolorowych owadów.





    Pobyt kończymy uroczystą kolacją, na którą zostajemy zaproszeni przez miejscowe biuro organizujące nasz pobyt w Ekwadorze. Restauracja jest położona ponad miastem i rozpościera się z niej piękny widok na rozświetloną stolicę.




    Pora wracać do domu, Ekwador pozostanie w naszej pamięci jako kraj gościnnych mieszkańców, w którym ciągle kwitną kwiaty, a bujna roślinność kontrastuje z białymi wierzchołkami wulkanów.



Ps. Podczas wyjazdu korzystaliśmy z usług biura Exploruj. Wszystko było zaplanowane i zorganizowane bardzo profesjonalnie. Z czystym sumieniem polecam!!!





Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza