Tam gdzie wolniej płynie czas... wędrujemy po Beskidzie Niskim.

W Beskidzie Niskim spędziliśmy trzy dni, w zasadzie niecałe. W piątek i niedzielę (w drodze „do” i „z”) jechaliśmy szlakiem pięknych, drewnianych cerkwi i o tym pisałam poprzednio.
Teraz opiszę sobotę czyli dzień, który przeznaczyliśmy na wędrówkę po okolicy. Jednak zanim wyruszymy na szlak opowiem o miejscu, w którym mieszkaliśmy. Znaleźć to miejsce nie jest tak łatwo, skręcamy w Hańczowej na drogę prowadzącą do Ropek i jedziemy ok. 5km. nieutwardzoną drogą. Kiedy dojeżdżamy do Ropek (trudno to nazwać wsią, bardziej osada z kilkoma domami) widzimy drewnianą strzałkę prowadzącą nas w lewo. Jeszcze kilometr i jesteśmy na miejscu, w Swystowym Sadzie.








Przed wojną Peter Swyst założył tu sad, kilkanaście lat temu nowi właściciele kupili stary drewniany dom, rozebrali i postawili na fundamentach starego domu Swysta. Dla nas było to miejsce z duszą, czuliśmy się tam rewelacyjnie i mamy nadzieję, że jeszcze tam kiedyś wrócimy. Dookoła niesamowita cisza i spokój, rano słychać jedynie pięknie śpiewające ptaki, przytulnie urządzone pokoje i pyszne posiłki serwowane przez panią domu.







Na sobotę zaplanowaliśmy wędrówkę, oczywiście dostosowaną do mojego stanu. Nie chcieliśmy nigdzie jeździć samochodem, zresztą w Ropkach krzyżuje się kilka szlaków, można stąd nawet wejść na najwyższy szczyt w Beskidzie Niskim, osiągającą niecałe 1000m Lackową.
My wybieramy wędrówkę do Bielicznej, kiedyś istniała tam wieś, dziś została jedynie maleńka, murowana cerkiew. W tych okolicach jest więcej takich miejsc, o ich przeszłości świadczy jedynie mała cerkiew, kapliczka czy stary cmentarz. Kiedyś mieszkali tu Łemkowie, którzy zostali wysiedleni podczas „akcji Wisła” w latach 1947-50.
Na początku idziemy żółtym szlakiem prowadzącym na przełęcz Perehyba, najpierw wśród łąk, następnie lasem, im bliżej przełęczy tym podejście staje się bardziej męczące. Na szczęście daję radę i po jakiś 2godz. (z dwoma krótki postojami) jesteśmy na przełęczy. Tutaj żegnamy się z żółtym szlakiem, który skręca w lewo i idziemy dalej prosto. Droga jest mało uczęszczana, sporo na niej połamanych drzew. Schodzimy kawałek i docieramy do brzegu lasu, tutaj odbijamy w lewo i wychodzimy na rozległą polanę. Przed nami dolina, w której kiedyś znajdowała się wieś. Szukamy cerkwi, niestety nigdzie jej nie widać. Dochodzimy do wniosku, że musi być schowana wśród drzew w dole. Zanim jednak tam zejdziemy robimy sobie przerwę. Słońce niesamowicie grzeje, przed nami piękne widoki, niesamowite cisza i spokój dookoła – czego można chcieć więcej? Jest pięknie!


                    

W końcu schodzimy w dół doliny, tak jak myśleliśmy cerkiew schowana jest między drzewami, nad strumieniem. Tuż obok znajduje się niewielki cmentarz. Murowana cerkiewka z 1796r. jest naprawdę śliczna, robimy sobie kolejną przerwę nad strumieniem tuż obok cerkiewki.









Jednak pora wracać, w drodze powrotnej podejście na przełęcz jest dużo mniej męczące. Do Swystowego Sadu wracamy po ok.6 godz. wycieczki. A co podobało nam się najbardziej? Cisza, spokój, pusty szlak (podczas wędrówki spotkaliśmy jedynie dwoje rowerzystów), sielskie krajobrazy... Ludzi spotkaliśmy niewielu, za to co chwile obserwowaliśmy krążące nad naszymi głowami orliki krzykliwe.

Wieczorem idziemy jeszcze na krótki spacer szlakiem niebieskim prowadzącym w Wysowej, wchodzimy na przełęcz Hutniańską, na której obserwujemy zachodzące za góry słońce.
Gdybym miała tylko jednym słowem opisać Beskid Niski napisałabym, że jest magiczny. Taki dla nas był ten weekend.



Poznaliśmy jedynie fragment tego Beskidu i na pewno jeszcze tam wrócimy. Polecam ten rejon wszystkim szukającym ciszy i spokoju, tym, którzy chcą uciec od tłumów, od komercji jaka panuje w wielu innych turystycznych rejonach.
Na koniec zapraszam do mojej galerii, znajdziecie tam więcej zdjęć z tego weekendu :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz